Z wiatrem pod narty #2 z Tadeuszem Mieczyńskim: W Kuusamo jak zwykle
Skoki na Rukatunturi odbyły się w całości i to właśnie uznać można za największy plus weekendu. Zaskoczyli weterani, których przeciwieństwem była dyspozycja Polaków. Słabo jak zwykle? A może dzieje się coś złego? Kuusamo oceniamy z redaktorem naczelnym serwisu Skijumping.pl, Tadeuszem Mieczyńskim.
Michał Chmielewski: Konkursy w Kuusamo miały być trudne i w istocie takie były. Argument śniegu jest aż tak istotny, by rokrocznie męczyć zarówno skoczków, jak i kibiców?
Tadeusz Mieczyński: Ja wcale nie uważam, aby były aż takie trudne. Trochę wiało, ale zauważ, że nic się nie opóźniło, żadna seria nie była odwołana, a tak naprawdę ani trenerzy ani skoczkowie też szczególnie na warunki nie narzekali. Każdy przyznawał, że jakby oddał dobry skok to i warunki by nie przeszkodziły.
Poza tym spójrzmy na podium z piątku i z soboty - czy można tu mówić, że wygrali przypadkowi zawodnicy?
Rzeczywiście czuby klasyfikacji były w zasadzie niezmienione, ale różne od tej, którą ustalił konkurs w Klingenthal. Czyżby więc Rukatunturi wymagała od skoczków dodatkowych, nienabytych jeszcze przez młodych wilków, umiejętności? Maciej Kot przyznał, że z uwagi na długą bulę i płaski zeskok skacze się tam inaczej niż na nowoczesnych obiektach. Co do trudności natomiast - konkursy były równe, ale stopień atrakcyjności pozostawia wiele do życzenia. Różnica między czołówką, a piątą dziesiątką była olbrzymia.
No tak, ale chociażby w ubiegłych sezonach triumfowali tu zawodnicy wcale nie najbardziej doświadczeni i często właśnie najlepiej spisywali się młodzi. Na pewno jest to inny obiekt, niż ten w Klingenthal, ale nie inaczej będzie w przypadku skoczni w Lillehammer czy Engelbergu - to wszystko stare skocznie. Jednym zawodnikom będą pasować, innym nie. Co do atrakcyjności konkursów, to patrzymy na nie głównie przez pryzmat słabych startów Polaków. Na pewno Japończycy czy Szwajcarzy oglądali je z dużą przyjemnością! Poza tym nawet dla telewidzów zimowe Kuusamo jest prawdziwym otwarciem sezonu, porównując do zielonego Klingenthal. Te widoki zapierają dech w piersiach.
Rzeczywiście Polacy o Kuusamo woleliby pewnie zapomnieć. Tydzień temu dziennikarze powtarzali, że sezon zaczyna się dla nas w Engelbergu, gdzie skocznia rzeczywiście choć stara, jest dla biało-czerwonych szczęśliwa. Tam też widać efekty pierwszych szlifów formy, o której przez cały grudzień mówi się zazwyczaj bardzo wiele. Będąc na miejscu rozmawiałeś z Polakami - jak tłumaczą słabe występy? Zadziwiające, że w treningach Olek Zniszczoł czy Krzysztof Biegun prezentowali się naprawdę przyzwoicie. Dopiero w konkursie widać było przepaść między ekipą naszą, a czołówką zawodów. Psychika?
Można powiedzieć, że każdy z naszych zawodników pokazuje, że stać go na skoki na skoki na fajnym poziomie, ale z reguły jest to jeden skok dziennie. Wygląda na to, że brakuje stabilizacji formy, a w konkursie zawsze dochodzi trochę stresu i napięcia, związanego ze startem i to powoduje, że wkrada się więcej błędów. Trochę wszyscy się przyzwyczailiśmy już do tych słabych początków sezonu, chociaż być może nie powinniśmy, bo to nie jest pozytywne.
Oprócz Polaków, poniżej oczekiwań spisała się z pewnością "wielka krajowa trójka", czyli Larinto, Olli i Ahonen. O ile pierwszy z nich jeszcze punktował, Harri i Janne to wciąż cienie samych siebie. Szczególnie ostatni z tej grupy kontrastuje w kategorii weteranów z „nadskoczkiem” Kasaim. Ten człowiek jest niesamowity!
Ahonen obawiam się, że nic już nie jest w stanie pokazać i będzie skakał na poziomie Martina Schmitta z ostatnich jego lat kariery. Harri Olli jest dopiero na początku swojego comeback'u, trudno tu jeszcze oceniać czy mu się to uda. Kasai zdecydowanie jest ewenementem i nie można go chyba porównywać z nikim - klasa sama dla siebie.
W ten weekend generalnie zawiedli trochę Niemcy i Norwegowie, bo pokazują od Klingenthal, że są bardzo mocni, a w Kuusamo? Norwegowie bez podium, Niemcy jedynie w sobotę trzecie miejsce Freunda. Bez formy (jak na niego) jest też Schlierenzauer.
In minus szczególnie Bardal, któremu (podobnie jak Polakom) przytrafiały się pojedyncze superskoki. Zastanawiam się też, co z Diethartem? Jeśli chodzi o zaskoczenia weekendu, był to nie nieobliczalny Ammann, nie Kasai, ani nawet nie Freund, ale... Hayboeck! Dwa razy w ścisłej czołówce i to, jak napisałeś, król treningów i kwalifikacji uratował honor Austrii.
Spodziewasz się cudów w Lillehammer?
Diethart to taki zawodnik, który nagle wyskoczył z super formą, wygrał TCS i następnie stał się takim średniakiem. Oczywiście to młody zawodnik, jeszcze może wspiąć się na wyżyny, ale na razie zawodzi i nie wiadomo, czy zdoła powrócić do tego, co skakał w styczniu. Bardal na pewno jeszcze pokaże nam, że stać go na wygrywanie, to kwestia jeszcze jednego lub dwóch weekendów. Co do Lillehammer, trudno powiedzieć - nie wiadomo nawet czy nasi pojadą do Norwegii w pełnym składzie. Jest możliwość, że pojedzie tam tylko Żyła. Trening na pewno by pomógł, ale przydałoby się kilka dni, a nie jedna sesja treningowa.
Ja bym nie miał nic przeciwko, gdyby do Lillehammer udał się np. duet Żyła-Stoch. To lepsze, niż brać pozostałych, aby się męczyli i walczyli o kwalifikację.
Byłaby szkoda niewykorzystanych miejsc, ale z drugiej strony zaplecze kadry A też na pewno ma swoje plany startowe. Czekamy więc na Engelberg, ja o formę naszych póki co jestem spokojny. Konkursów jest wiele, sezon długi, a najważniejsza impreza dopiero w lutym.
Mądrzejsi będziemy pewnie w środę, jeśli uda się zrealizować trening w Zakopanem.
Gościem Michała Chmielewskiego był Tadeusz Mieczyński, redaktor naczelny Skijumping.pl


