Tour de Ski… Classic, czyli co przyniesie Tour de Ski 2016?
3 państwa, 4 miasta, niezliczona ilość śmiałków, którzy po raz kolejny będą chcieli wspiąć się na wyżyny swoich niebotycznych możliwości, doprowadzając organizm na skraj wyczerpania, i znaleźć się na czele prestiżowego, acz jak wiadomo, morderczego Tour de Ski. Kto pojawi się na szwajcarsko-włosko-niemieckich trasach, a kto zasiądzie przed telewizorem? Kto ma największe szanse na wygraną i gdzie tkwi handicap Justyny Kowalczyk?
Mamy taki sezon, w którym w zasadzie według niektórych niewiele się dzieje. Wprawdzie tydzień w tydzień panowie i panie spotykają się na biegowej trasie, żeby trochę ze sobą porywalizować, rozprostować kości i rozgrzać mięśnie na biegowej trasie, ale żadnych medali tej zimy rozdawać nie będą. Ani igrzysk olimpijskich, ani mistrzostw świata – czyli dla niektórych niezła nuda. „Panie, a po co to oglądać, jak oni się o żadne krążki nie biją?”. A jednak na początku roku AD 2016 taki powód właśnie się pojawi, gdyż na arenę wkroczy 10-ty już Tour de Ski, który choć pozazdrościł igrzyskom, dlatego odbywa się rokrocznie, to wzbudza zawsze takie same emocje – gorące. Czyli, tym razem, podobne do naszej pani zimy.
Skoro już jesteśmy przy pogodzie, utyskując na nią i biadoląc, że mrozu nam posknerzyła, a śniegiem też sypnąć nie chce ani odrobinę, to ja Wam mówię, że jednak jest jeden pozytywny element tych pogodowych perturbacji! Pewnie już wiecie, jaki. Mianowicie, gdy śniegu brak, organizatorzy dwoją się i troją, co tu zrobić, żeby bez uszczerbku dla rywalizacji jednak trasy przygotować. I tak nasi sąsiedzi z Niemiec, mianowicie z Oberstdorfu, uznali, że należy biegi łączony na 10 (dla kobiet) i 20 (dla mężczyzn) kilometrów zamienić na sprinty, a ze sprintów zrobić klasyki ze startu masowego (na 10 i 15 kilometrów). Ach, nieszczęsna bezśnieżna pogodo, wierz nam lub nie, ale w tym momencie to my Cię jednak lubimy! Tylko żeby było jasne - chwilowo.
Nie od dziś wiadomo, że nasza królowa nart Justyna Kowalczyk wymachująca kijami niczym wprawny alpinista, delikatnie mówiąc, za biegami w stylu dowolnym nie przepada. Swoją głęboką ulgę wyraziła nawet na popularnym ćwierkającym portalu, wyćwierkując pod niebiosa, że będzie miała kilka kilometrów mniej „łyżwowej męczarni”. My też się cieszymy.
Tym samym w jubileuszowej, 10. edycji Tour de Ski (Classic?) mamy dwa klasyki więcej, co dodaje Justynie Kowalczyk dwie poważne szanse na równie poważnie dobry wynik. Jeśli dodać do tego nieobecność norweskiej królowej Marit Bjoergen, która chwilowo odłożyła narty na półkę, a rok w rok chciała wyrwać Polce triumf w prestiżowym cyklu, można zapytać tylko jedno: kiedy będzie lepszy czas na piątą wygraną, jak nie teraz?
A u panów… U panów to same nieobecności. Nie wiemy, czy to jakaś epidemia, do tego z czym związana, niemniej jednak z Tour de Ski pożegnał się jego dwukrotny zwycięzca (2007/08 i 2009/10) Lukas Bauer. Najpierw złamał kciuk, a jak już go wyleczył, to fiknął orła w Gallivare i tak się potłukł, że niestety złamał żebra dwa. Co poniektórzy się jeszcze pochorowali, na przykład Marcus Hellner, poprzeziębiali i wychodzi na to, że znowu na podium będzie niebiesko-czerwono, czyli tradycyjnie – po norwesku, jak to w biegach. O, na przykład rok temu, choć pewnie pamiętacie, na całym męsko-damskim podium klasyfikacji generalnej znalazł się jeden (!) reprezentant spoza kraju Wikingów. Tym rodzynkiem był Rosjanin, Jewgienij Biełow. No tak, w końcu tylko Rosjanie próbują przełamać tę tragiczną dla dyscypliny dominację, acz nie zawsze im się udaje.
Jak będzie tym razem? Czy Petter Northug prześcignie Justynę Kowalczyk w liczbie etapowych triumfów (Norweg ma ich na koncie 13, Polka 14)? A może to przyczajona biegaczka z Kasiny Wielkiej skorzysta ze swojego handicapu (a właściwie dwóch, bo nieobecność Bjoergen to też, jakby nie było, pewne ułatwienie) i po raz piąty stanie na szczycie turniejowego podium, po raz kolejny zapisując się w historii złotymi literami? A może szczęście, które zazwyczaj chodzi swoimi drogami, tym razem uśmiechnie się do Macieja Staręgi? Choćby tak dla równowagi, bo zazwyczaj to go omijało szerokim łukiem. A może triumfować będą liderzy klasyfikacji generalnej, niedościgniona Terese Johaug i Martin Johnsrud Sundby? Cóż, 10 stycznia, po morderczym podbiegu na Alpe Cermis, który pewnie jak zawsze zniweczy kilka marzeń o potędze, wszystko stanie się jasne. Pozostaje tylko czekać. Na rezultaty i przede wszystkim… emocje. Te już niebawem w Waszych domach.
Katarzyna Nowak


