Marzenia się spełniają - nasz kolega zadebiutował w Biegu Piastów na dystansie 50 km

Marzenia się spełniają. Ponad dwa lata temu na trwałe zagościła w mojej głowie myśl: ukończyć Bieg Piastów na królewskim dystansie 50 km. W ubiegłym sezonie - nie pozwoliła pogoda. W tym roku na przeszkodzie nie mogło już nic stanąć.
Narciarstwo biegowe fascynowało mnie od lat. Zaczęło się od cotygodniowego wpatrywania się w telewizyjne relacje z Pucharów Świata, pierwszych używanych nart, a milowym krokiem był obóz sportowy pod egidą obecnej Jakuszyckiej Akademii Biegowej. Już wtedy byłem zapisany na Bieg Piastów. Zeszłoroczna zima, a w zasadzie jej brak – nie pozwoliły spełnić marzenia. Jak się okazało – porządna grypa, która uziemiła mnie w łóżku na kilka dni przed startem, też nie przekreśliła celu większego i ważniejszego niż pierwszy maraton uliczny.
Jak przystało na debiutanta – musiałem zapłacić frycowe już na pierwszych kilometrach. Start z ostatniego sektora wydawał się wariantem ostrożnym, czyli najlepszym. W praktyce tak nie było. Wystarczyło kilkaset metrów biegu, by głowę zdominowało jedno słowo: rywalizacja. Właśnie dlatego pierwsze kilometry charakteryzowało przeskakiwanie z jednego do drugiego toru i wyprzedzanie między pozostałymi zawodnikami. Dynamicznie, ale nie na urwanie głowy.
Przebiegnięte wcześniej maratony i inne krótsze biegi nauczyły wszak szacunku do długich dystansów. Ku mojemu niezadowoleniu, okazało się, że najwolniejszych zawodników najbardziej „przyciąga" lewa strona trasy. – „Obowiązuje ruch lewostronny, jak w Wielkiej Brytanii"- ironicznie skomentował mój dobry znajomy, który przygotował mi fantastyczne, jak na bardzo ciężkie warunki – narty.
Trasa biegu? Piękna, malownicza, niebieskie niebo i świecące słońce sprawiały, że każdy mijany kilometr był wielką przyjemnością. Największą – oczywiście – podbiegi, które preferuje bardziej od zjazdów. Może dlatego, że na wzniesieniach to ja wyprzedzam, a podczas zjazdów, to inni wyprzedzają mnie. Brak doświadczenia z nart zjazdowych, jak i wciąż niedoszlifowana technika owych zjazdów dawały o sobie znać. Dzięki dobrym nartom, w dużo mniejszym stopniu niż podczas Biegu Podhalańskiego.
Przejazd przez Polanę Jakuszycką w połowie trasy – pomimo wspaniałego dopingu kibiców – był jednym z gorszych fragmentów biegu. Intensywnie świecące słońce, jak i kilkuset biegaczy przede mną – praktycznie nie zostawili niczego z pięknie przygotowanych przed startem torów. Dla odmiany mocno zmrożone tory z popularnego „Samolotu" pozwoliły na osiągnięcie ogromnej prędkości, która ucieszyła nawet miłośnika podbiegów.
Bieganie na nartach to sport z jednej strony prawie dla wszystkich, z drugiej niezwykle wymagająca dyscyplina, gdy myśli się o „przyzwoitym" wyniku. Taki też pałętał się po mojej głowie, gdy czas na półmetku pozwalał na myślenie o złamaniu magicznej granicy czterech godzin. Organizmu nie da się jednak oszukać. Dwa tygodnie bez treningu i zmęczenie powodowane wyprzedzaniem rywali dały o sobie znać, a cele musiały zostać zweryfikowane. Pierwszy Bieg Piastów na dystansie 50km – a w zasadzie 51km - przyniósł więc bogate doświadczenia i emocje. Największe na finiszu, gdy w uszach aż dudniło od dopingu kibiców. Byli niesamowici. Tak, jak wolontariusze, którzy na każdym z punktów odżywczych uwijali się, jakby pomagali zawodnikom na Mistrzostwach Świata, a nie głównie zawodnikom-amatorom, którzy są kołem zamachowym polskich biegówek i imprez takich, jak Bieg Piastów.
39. Bieg Piastów przeszedł do historii, ale pozostawił w głowie wspaniałe wspomnienia, o których będzie przypominał pamiątkowy medal. Szkoda tylko, że nie tak ładny, jak medale wręczane uczestnikom wszystkich pozostałych biegów. Sobotni bieg na królewskim dystansie utwierdził mnie w przekonaniu, że biegówki to fantastyczny sport i, że za rok z uśmiechem na ustach stanę na starcie jubileuszowej 40.stej edycji tego wspaniałego sportowego święta.
Krzysiek Zakrzewski


