Kocham biegówki: przygody9 kwietnia 2014
Tydzień w dalekiej Laponii

My przygotowujemy się już do lata, a nasz przyjaciel z żoną jeszcze biegają i startują w biegach masowych na nartach - w Laponii:)
Oto jego relacja z pobytu w krainie Świętego Mikołaja :)
Lot Warszawa - Helsinki trwa 1,40 godz., nocleg w Hotelu Cumulus 10 min. darmowym autobusem z lotniska. Kursuje w obydwie strony co 20 minut. W samolocie bardzo smaczny sok pomidorowy bez konserwantów ze świeżych mających posmak słońca pomidorów.Woda niegazowana również smaczna. Pokój w hotelu wygodny, można poćwiczyć przed lustrem, wyposażony w barek - uwaga: mała buteleczka czystej fińskiej wódki 70ml kosztuje 9 euro!
Samolot do Kittili mamy o 7:00 więc pobudka o 4:30 - no może 4:45...
Po zjedzeniu pysznego śniadanka - głównie owsianka z dodatkami (płatki kukurydziane, jogurt + konfitury), busem lotniskowym podjechaliśmy na terminal 2. Pani potwierdziła, że nasze bagaże nadane w Warszawie muszą być w samolocie do Kittili, którym będziemy lecieć, ponieważ nie było innego samolotu do Kittili wcześniej... No i polecieliśmy ...
Airbus A321 był większy od samolotu Warszawa- Helsinki i prawie pusty. Gratis dają tu tylko soki oraz wodę, nie ma pomidorowego, ale nic nie szkodzi - "orange juice" też jest bardzo dobry.
Po godzinie lotu widać już w dole łaty śniegu - w Helsinkach była wiosna, chociaż jeszcze szara nie to co w Przystani...Za to w Kittili wita nas słoneczna pogoda..

Kosmiczna cena za taksówkę
Jeszcze 25 minut i wylądowaliśmy a zaraz za nami podjechały nartki. Gorzej było z torbą z naszymi rzeczami ponieważ nie mogliśmy sobie przypomnieć jak wygląda, za wyjątkiem tego, że był ona czarna. Podejrzane bagaże podnosiłem do góry a kiedy przy jednym zabolała mnie ręka (dopuszczalna waga 23 kg była wykorzystana przez nas w 100%) zjąłem go z taśmy i sprawdziłem czy w bocznej kieszeni jest książka o nartach. Uff !!! - była. Uwaga Uli: następnym razem zawiązać jaskrawą tasiemkę ( nie wiem tylko co zrobimy kiedy się tasiemka urwie...). Próbowałem też zaraz kupić fińską kartę do mojego I-phona zgodnie z zaleceniem uprzejmego Fina, który na karteczce napisał mi "fińskie" słowo K i o s k i powiedział, że tam kartę na pewno dostanę.. Na lotnisku "kiosku" nie było, za to tuż przy wyjściu był postój taksówek, na którym stały dwie takie co na moje oko nie powinny odjechać zaraz z piskiem opon widząc nasze bagaże - VW Transportery. Nie skorzystaliśmy zatem z numeru telefonu, który nam załączyla do dokumentów Ola ( razem z informacją, że kurs będzie kosztować nie więcej niż 16 euro od osoby) i od razu zaatakowałem pokrowcem z nartami pierwszego kierowcę... Wcale się nie wystraszył, chętnie załadował nam wszysko do wozu i hajda w stronę Munio. Po 15 minutach coś mnie jednak tknęło, żeby zapytać ile to będzie kilometrów? Siedemdziesiąt kilka odparł. W takim razie ile będzie kosztował nas kurs? - zapytałem znowu z niepokojem w głosie. Zaraz to przeliczył na kalkulatorze i podał, że około 120 euro.. ( a miało być 30..., no 32 + parę cetów napiwku). Ale wysiadać w pokrytej grubo śniegiem tundrze nie bardzo nam się chciało. Cóż pewnie to była inna korporacja, należało sprawdzić - teraz zdobyta wiedza będzie nas kosztować! Wyszło 128,50 euro - napiwku pan nie wziął...Ale co tam, hotel Harriniva jest super: drewniany, pokoje przestronne, jedno łóżko podwójne i jedno osobno na wypadek drobnych małżeńskich sprzeczek. Brak telewizora! Jest za to świetlica z dużym na pół ściany ekranem, przed którym zwykle siedzi jeden- dwóch Finów i oglądają znudzeni fińską telewizję. Z rzeczy ciekawych jest tutaj sauna czynna codziennie od 17:00 do 20:00 z dużym pokojem wyposażonym w kamienny kominek. Co ważne sauny są dwie: dla pań i panów osobno. No i oczywiście pokój do smarowania nart, dobrze wyposażony, są nawet 2 żelazka. Po rejestracji w recepcji ( była godzina 9:00) mogliśmy zjeść od razu kolejne śniadanie, które serwują tutaj od 7:00 do 10;00. Tym razem wybraliśmy jajeczka sadzone, kiełbaski na gorąco wędliny i sery - bo ileż można jeść "poridż"...Kawusia po fińsku smakuje wyśmienicie..Po śniadanku dostaliśmy "klucz elektroniczny " zaczepiony do kawałka drewna ( Ula zrobiła fotkę) przebraliśmy się szybko i biegiem na trasy. Na początek niewielka: Olos i z powrotem - razem 20 "kaemów". W stronę Olos trasa biegnie stopniowo pod górkę, im bliżej tym więcej bardziej stromych podbiegów. Ponieważ fiński śnieg nie chciał być przyczepny do naszych nartek z łuską, umotaliśmy się trochę i co tu ukrywać znów wzięła nas chętka na "małe co nieco...". Otwarta była jedynie szklana piramida - restaurant cafe - po fińsku jakaś " kota", więc tam zamówiliśmy: zupę - krem z łososia, pizzę, miejscowe piwko i kawę z "łyskaczem". Nic dziwnego, że powrót był krótszy o pół godziny, a Ula zachwycona, że nie mogę jej uciec...No cóż, łosoś z whiskey dają "niezłego kopa", będę o tym pamiętał przed każdym następnym biegiem.
Rodzynki są pyszne
Przy okazji poznałem też " smarowacza Starta", który za 40 eurasów od pary przygotowuje narty, z proszkowaniem włącznie. Doradził mi chętnie, że najlepiej będzie użyć parafinę HF -5do -15, żeby agresywny śnieg rano jej nie zdarł (w nocy zapowiadają -18C) a HF dlatego, że wiosenne śniegi zawsze są wilgotne, oraz mieszaninę cery -5+5C z 0 do - 20C - wszystko oczywiście produkty firmy Start. Ponieważ miałem tylko Toko oraz Swixa postanowiłem przywieźć mu swoje narty rano, żeby je posmarować tuż przed samym biegiem. Oczywiście inną parę nart posmarowałem wcześniej po swojemu na wypadek gdybym się "nie wyrobił". Na próbie najlepiej jechały inne narty z parafiną HWK LF W2,( +2do -8), jednak obawiałem się, że będą jechać dobrze tylko pierwsze 20km (jak to miało już miejsce w tym roku w Tobiaco), a potem "się wytrą". Wziąłem więc narty posmarowane przez Fina (moje stare Fischery), ale jechały dobrze tylko na początku. W sumie przybiegłem na metę z "czarnymi spodami", jednak od 25 km kiepsko niosły.
07.04.15

Góry na nizinach
Problem dojazdu rano na pole startowe (10 km) sam się mi rozwiązał, ponieważ w hotelu mieszka z nami "Fińczyk" - Martin, który też tu przyjechał na Laponia Woche, jest więc swoim autem (białe audi) i obiecał mnie zabrać. Po krótkim śniadanku: kawa + 2x owsianka z konfiturą jedziemy do Olos około półtorej godziny przed strartem. Martin ma 47 lat czyli dokładnie tyle, ile miałem ja będąc tutaj po raz pierwszy. Okazało się, że on też jest tu po raz pierwszy w życiu chociaż dużo biega łyżwą i klasykiem, a w tym roku brał udział nawet w Marcialondze. Latem trenuje wioślarstwo i biegi na nogach, których zbytnio nie lubi, ale kiedy odkrył, że takie bieganie poprawia dynamikę techniki na nartach zdążył już zaliczyć 6 całych maratonów. Najlepszy jego rezultat - 3,5 godziny. Dzisiaj przebiegł na nartach 60 km z czasem 3 godz. 27 minut. Mnie niestety zabrało to 4:15. Średnie tempo biegu (bez postojów na stacjach żywieniowych) miałem dokładnie 15 km/godz, a średnie tętno tylko 158. Pomimo, że w Laponii lekko się oddycha ( są tu niby góry, ale "na nizinach", więc powietrze nie jest rozrzedzone jak w Alpach (a przecież równie czyste), nie mogłem się rozpędzić, gdyż wysiadły mi nogi. Zakwasiły się prędko, nie dając żadnej mocy pomimo, że starałem się biegać technicznie. Dopóki narty niosły, pchałem się kijami,wyprzedając całe grupy zawodników nawet pod górę (jadąc tylko w rowkach), jednak po 20 km narty straciły poślizg (na najdłuższym podbiegu ) co sprawiło, że musiałem znów pracować nogami, które wtedy zrobiły się całkiem jak z drewna. W domu muszę koniecznie nad tym popracować.
Rodzynki są pyszne Na jeziorze, po trasie idealnie płaskiej na lekko zmrożonym śniegu momentami nie mogłem uzyskać w rowkach z samych kijów prędkości wiekszej niż 14 km/godz. Normalnie w takich warunkach jazda przez wiele kilometrów z prędkością 18-20 km nie sprawia mi problemu. To mnie przekonuje, że albo z moimi nartami coś było nie tak, albo brzuszek i rączki pokonuje starość. Na 34 km pojawił się tęsknie wyglądany bufet, ponieważ nagle stałem się tak głodny jak polarny miś. Wyjadłem im tam prawie wszystkie banany, zjadłem potężną garść rodzynek (rodzynki tu są pyszne, słodkie i dziwnie suche, jakby suszone w słońcu),a na koniec co mi się na maratonie jeszcze nie zdarzyło, zjadłem kromkę chleba z masłem i żółtym serem - o dziwo na podbiegach mi się nie odbijała.
Martin zaczekał na mnie w Olos i zawiózł umotanego prosto do hotelu, Ula która przybiegła do mnie na nartach na metę postanowiła wrócić również trasą narciarską. Wciągnęło Usia to bieganie! Zresztą przy
takiej pogodzie! Na kolację (od 19:00 do 21:00) Ula wybrała pierś z gęsi a ja rybę Arctic Char (niem.Seibling, po polsku Palia wędrowna albo Golec alpejski) - smakuje jak skrzyżowanie pstrąga i łososia. Do tego lapońskie ziemniaczki ( małe ,trochę słodkie) oraz sałatka z marchewki, brokułów, kalafiora. Na apetyt dostaliśmy chlebek z chrupiącą skórką i fińskim masełkiem - po prostu pycha- gluten! Wszystko razem popite winkiem oraz kawą ( expreso jak w Italii) sprawia, że czekające na mnie kilometry podbiegów na niechybnie tępych nartach wydają się odległą i wciąż przyjemną bajką. Ano zobaczymy!
ULA i WALDEK


