WYWIAD Z JUSTYNĄ KOWALCZYK

Fragmenty wywiadu jakiego miesięcznikowi :Twój Styl” udzieliła Justyna Kowalczyk:Supermenka, królowa śniegu. Niektórzy chcą w niej widzieć kobietę z żelaza. A ona się wścieka. Przecież płacze, kocha, wątpi i czasem przegrywa. W tym sezonie w narciarstwie biegowym zgarnęła całą pule. Ale czy tylko medale się liczą? Ona w planach ma miejsce na mężczyznę, dziecko, dom. A w szafie sukienki i mnóstwo par butów. Myśleliście, ze Justyna Kowalczyk żyje tylko sportem? O nie! Dwudziesty kilometr. Ból coraz większy, wczepia się w mięśnie niewidzialnymi haczykami. Rozpruwa od środka włókno po włóknie, dochodzi do kości. Już ją bolą nawet włosy i paznokcie. – Czy ja mam jakiś własny kosmos, w który odpływam, kiedy biegnę za długo? Nonsens. Skupiam się tylko na bólu. Sztuka polega na tym, żeby przetrzymać go lepiej od innych – opowiada Justyna. Uśmiecha się. I już jest inaczej. Nie znosi popularności – po przyjeździe do sanatorium w Polanicy, gdzie wypoczywa po sezonie startowym, trener poszedł z misją do szefa personelu: proszę udawać, że jej nie rozpoznajecie, bo się spakuje i wyjedzie. Kocha narty. Ale boi się mrozu. Czasem klnie. Pełna kontrastów, raz furiatka, raz anioł. Złości się, że media nazwały ją cyborgiem. Umawia się tylko na ten jeden wywiad dla kobiecego magazynu. Chce odczarować mit, że Kowalczyk to maszyna. – Trzeba spróbować oszukać ciało i mózg. Szukam myśli zastępczej. Na przykład spekuluję: co będzie za zakrętem – zjazd czy podjazd. Obstawiam: za trzecią górką polana, jak nie, nie jem dziś batonów. Trochę przytyła w udach, zaraz, jaki kolor nart miała ostatnio? – odciągam uwagę od bólu. Nie zawsze się udaje. Mój były lekarz, Robert Śmigielski, określił to tak: zawodnik czuje, jakby obok niego biegł ktoś, kto okłada go batem. Dokładnie, mam wrażenie, że jestem bita, że zaraz umrę – opowiada Justyna. Ja, dziewczynka: kurczak – drobna, chuda, w dżinsach i z końskim ogonem. Kiedy skończyłam trzynaście lat, poczułam się kobietą i wskoczyłam w dziewczyńskie ciuchy – śmieje się. Rodzice pracowali (mama jest polonistką w gimnazjum, tato pracuje w ośrodku wypoczynkowym na Śnieżnicy) i uprawiali ziemię – dzieciaki po szkole miały obowiązki. Justyna ma dwie starsze siostry (jedna jest nauczycielką, druga lekarką) i brata (też lekarz). – W szkole wygrywałam z chłopakami. W ósmej klasie zaczęłam trenować biegi narciarskie – wspomina. Od razu postawiła sprawę jasno: niedługo mistrzostwa Polski młodzików. Jak wygra, trenuje dalej, przegra – wraca do czytania Ani z Zielonego Wzgórza. Stanisław Mrowca, jej pierwszy trener, wzrusza ramionami: 150 medalistów wychował, ale żaden nie był taki bezczelny. Pięć miesięcy? Ta smarkula zwariowała. Po niespełna pół roku treningu Justyna wraca z mistrzostw Polski ze złotym medalem. Mrowca kupuje jej kwiaty, ojciec gwiżdże z podziwu, mama się martwi: czy to jest sport dla dziewczyny? Po podstawówce jej córka postanawia: idę do liceum w Zakopanem. Profil sportowy. Szesnastolatka rozstaje się z domem. – Jest ostrożna jeżeli chodzi o jedzenie.Nie chodzi o to, że jestem wybredna. Raczej zapobiegliwa. Gdyby ktoś podsypał cokolwiek, wyszłoby na testach antydopingowych. Ale nie jest prawdą, że rozgrzebuję widelcem każdy kotlet – śmieje się – choć lubię wiedzieć, co jem. Co trzy miesiące dostarcza międzynarodowej federacji antydopingowej (WADA) precyzyjną rozpiskę – gdzie i o której można ją zastać: kraj, miejscowość, ulica, numer. – W dowolnym dniu przyjeżdża kontrola. Nie ma zawodniczki – żółta kartka. Dwie żółte – dwa lata dyskwalifikacji. Tej zimy kontrolowano ją 24 razy – mówi Wierietielny. Smycz? Takie są reguły gry. FOTO i tekst miesięcznik „Twój Styl” 6/2009


