duszniki

W połowie sierpnia wnikliwie obserwowałem zawody na dwóch kołach po obu stronach granicy. Mimo mitu o zacofaniu rodzimego nartorolkarstwa uważam, że Polacy wobec stawianych za wzór sąsiadów z południa nie mają się czego wstydzić.

 

W obu krajach przyjaźnie, miło i przy dobrej pogodzie. W Czechach trochę trudniej, ale w Polsce zwycięzca losowania zgarnął nowiuteńki sprzęt na szybkich kołach. Choć Silvini Skiroll Classics a Weekend Nartorolkowy to dwie różne imprezy, oba wydarzenia mają wiele cech wspólnych. A to już informacja na korzyść porównywanej często do południowych sąsiadów Polski. Po porównaniu kilku elementów okazało się, że polscy nartorolkarze nareszcie nie mają się czego wstydzić i ciekawe zawody mają też wreszcie u siebie. Jak atrakcyjna jest to oferta? Ano taka, że do Dusznik przyjechała specjalnie uczestniczka igrzysk w Soczi. Lepszej rekomendacji nie ma.

 

Atmosfera zawodów po dwóch stronach gór była podobna i moja skłonność ku przyznaniu w tej „kategorii” zwycięstwa Polsce najprawdopodobniej ma swoją przyczynę w tym, że po prostu w Polsce znałem więcej osób i rozumiałem dokładnie, o czym uczestnicy między sobą rozmawiają. Dla jasności – nie podsłuchiwałem. Samo wpadało do ucha :-) Trzeba jednak przyznać, że w Dusznikach w oba dni rywalizacji czułem się bardziej swojsko. Widać było, że startujący odwiedziny Kotliny Kłodzkiej traktują przede wszystkim jako okazję do spotkania ze znajomymi, a dopiero potem jako możliwość rywalizacji sportowej. W Czechach było jakby odwrotnie. Znało się ze sobą mniej osób, nie było tak radośnie i głośno, a zamiast swobodnych pogaduszek rolkarze zajęli się indywidualną, profesjonalną rozgrzewką. Co ciekawe, zimą jest odwrotnie. To Polacy do sportu amatorskiego podchodzą najzupełniej poważnie podczas gdy Czech wychodzi na narty na wycieczkę, a nie na ściśle zaplanowany trening. Czyli nasłoneczniony Polak to wyluzowany Polak. I fajnie.

 

Zdecydowanie najmilszym zaskoczeniem w Dusznikach Zdroju była wysoka frekwencja. Uphill do Zieleńca okazał się najchętniej wybieranymi tego lata (przynajmniej do 26 sierpnia) amatorskimi zawodami w kraju pokonując półmaraton w Gołdapi o dwie osoby. Łącznie wystartowało na południu aż 61 rolkarzy, co daje 122 kije i – żeby brzmiało jeszcze potężniej – 244 kółka! Tak, wiem, nie jest to Alliansloppet, ale od czegoś trzeba zacząć. A zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę dwie kwestie:

 

1. W obu odwiedzonych przeze mnie zawodach w Czechach wystąpiło kolejno 62 (Pradziad) i 47 (Dlouhe Strane) zawodników.

 

2. Jeszcze parę lat temu nikt nie chciał w Polsce organizować zawodów dla nartorolkarzy w obawie o przyjazd raptem kilkunastu największych zapaleńców. Dziś to już pokaźna grupka, nad którą z pewnością warto się pochylić.

 

Kolejny sprawdzony przeze mnie czynnik to wysokość wpisowego. W Dusznikach Zdroju opłata wynosiła 40 złotych we wszystkie dni zapisów z dniem zawodów włącznie. Nie są to małe pieniądze, ale nie są też duże. Wiele zawodów zimą kosztuje więcej. Organizatorzy zapewnili za to posiłek na mecie i m.in. losowanie wielu upominków o mniejszej lub większej wartości. Było OK. Nie najtańszy był podbieg na Dlouhe Strane, który w dniu zawodów kosztował 400 koron czeskich (ok 70 zł). Tam jednak można było zapisać się wcześniej i zapłacić nawet połowę z tej sumy. Zdecydowanie najbardziej przyjazny był uphill na Pradziad. W prerejestracji kosztował zaledwie 100 koron, w dniu zawodów dwukrotnie więcej. Tam także – jak w przypadku Dusznik – zawodnicy otrzymywali ciepły posiłek i poczęstunek regeneracyjny na szczycie góry.

 

To, co zobaczyłem po dwóch stronach granicy, było do siebie bardzo podobne. I malkontenci mogą powiedzieć, że szkoda, bo wciąż nie mamy czym zachęcić do przyjazdu zbyt wielu zagranicznych sportowców. Optymiści i ci, którzy pamiętają czasy np. Letniego Biegu Sasinów z kilkunastoosobową frekwencją, powiedzą, że taki wynik porównania to duży sukces. Myślę podobnie. Wbrew obiegowej opinii nie mamy się już czego wstydzić i jeśli ktoś wystartować na nartorolkach chce, to spokojnie da radę to w kraju uczynić.

 

Problemy, albo niedoskonałości, dalej jednak są. Amatorzy wiele daliby za możliwość sprawdzenia się w towarzystwie największych polskich gwiazd nart biegowych, które raczej niechętnie pojawiają się na polskich asfaltach. Czasami wystąpi Maciej Staręga, czasem w Porońcu Justyna Kowalczyk, ale miło byłoby, gdyby wokół jakiegoś wydarzenia zrobić naprawdę wielki hałas i stworzyć z niego żywą reklamę naszej dyscypliny. Bezpieczny uphill w Dusznikach nadawałby się do tego celu idealnie. Zwłaszcza że na rolkach biegają też przecież zakochani ponoć w tej miejscowości biathloniści. To nie tylko pomogłoby w propagowaniu narciarstwa i nartorolkarstwa, ale też znacząco zwiększyło frekwencję. Bo czołowi Czesi, na wieść o takiej obsadzie, pewnie sami chętnie przyjechaliby zmierzyć się w międzynarodowym towarzystwie. Lukas Bauer na przykład nartorolkowe starty w ojczyźnie ma już sprawdzone. W czym jeszcze mamy względem Czechów sporo do nadrobienia? Ach, gdyby tak Salomon Nordic Sunday miał swoją letnią edycję...

 

Ale – mimo narzekania – czapki z głów. Polskie nartorolkarstwo nareszcie podniosło się z letargu. I oby już do niego nie wracało.

 

Michał Chmielewski