PRZYGODA

Tartu Maraton, jak chwalą się sami Estończycy, to czwarty największy na świecie bieg narciarski, z długimi tradycjami, organizowany od 1960 r. Choć Estonia to niewielki kraj, liczący 1,3 mln mieszkańców, to silne wpływy skandynawskie oraz klimat i ukształtowanie terenu tworzą tu świetne warunki do uprawiania narciarstwa biegowego. 

 

Nasze wyobrażenia o Estonii na biegówkach to mnóstwo śniegu, dużo ciekawych tras narciarskich i jeszcze więcej narciarzy. Cóż, czekało nas kilka zaskoczeń ;-)

 

Przede wszystkim śnieg - luty 2015 r. to nasze drugie podejście. Szykowaliśmy się na Tartu Maraton już w 2014. Niestety, podobnie jak wówczas w Polsce, także w Estonii zima nie dopisała i zawody odwołano. Niewiarygodne, ale nawet na dalekiej północy może nie być śniegu ;-)

 

Zatem w tym roku przed wyjazdem pilnie śledziliśmy prognozy pogody i odetchnęliśmy z ulgą, gdy organizatorzy potwierdzili, że bieg odbędzie się na pełnej 63 km trasie. Zatem w drogę.

 

Pierwsze wrażenia po przekroczeniu granicy można sprowadzić do pytania: czy są tu w ogóle jacyś ludzie? Wzdłuż dróg krajowych i lokalnych, co później potwierdziło się podczas naszej wycieczki do Tallina, praktycznie nie ma zabudowań, a jeśli są, to pojedyncze domy, często opuszczone, jak gdyby ich mieszkańcy uciekli dawno temu. Pod tym względem statystyka robi wrażenie: gęstość zaludnienia w Estonii to zaledwie 29 osób na km2 (dla porównania w Polsce 123 osoby/km2).

 

Kraina, w której spędziliśmy cały tydzień – Otepää Looduspark (w Otepää jest 10 osób/km2), to dla narciarzy biegowych swoisty odpowiednik naszej „Jakucji”. Od razu po zjechaniu z głównej drogi zmienia się ukształtowanie terenu na bardziej morenowe, spada temperatura, pojawia się więcej śniegu i robi się bardziej urokliwie. Porównać można ten region do naszej Suwalszczyzny.

 

Mieszkaliśmy w niezwykle klimatycznym, skandynawskim drewnianym domku, zagubionym wśród śniegów i lasów, skąd mieliśmy tylko krok do tras biegowych. Pierwsze dni tygodniowego pobytu to odkrywanie i przemierzanie kilometrów tras biegowych w regionie Otepää, gdzie mieści się duży ośrodek sportowy ze stadionem biathlonowym oraz 10 km pętlą wymagającej trasy i początkiem trasy Tartu maratonu. Sama trasa biegu biegnie dalej przez Matu, Palu z finiszem w Elva (nasza Justyna Kowalczyk często tu przyjeżdża i wychwala te trasy).

 

Na trasach biegowych kolejne zaskoczenie – w ciągu tych kilku dni spotkaliśmy na nich łącznie zaledwie kilkunastu biegaczy. Gdzie są ci estońscy narciarze? Całe trasy mieliśmy zatem tylko dla siebie ;-) Doskonale przygotowane i szerokie na kilkanaście metrów, wijące się w górę i w dół po pagórkach. Przeważnie na skrajach biegły tory do klasyka, a środkiem, po idealnym „sztruksie”, mogło jednocześnie biec 3-4 łyżwiarzy! Masa przestrzeni i ani żywej duszy. Marzyła nam się choć mała oberża, w której można byłoby się po drodze napić ciepłej herbaty i spróbować lokalnych specjałów, lecz niestety – takich fanaberii brak.

 

Wracaliśmy zatem radośnie zmęczeni po całym dniu zabawy na nartach do naszego domku w lesie i pichciliśmy polskie specjały, grzejąc się przy kominku i snując długie rozmowy ;-)

 

W sobotę, dzień przed maratonem, w ramach odpoczynku wybraliśmy się na wycieczkę do przepięknego Tallina, mijając po drodze mniejsze Tartu i nareszcie zobaczyliśmy, gdzie podziali się mieszkańcy Estonii ;-)

 

Za to następnego dnia z nawiązką otaczały nas tłumy zawodników. Nastał dzień maratonu: 15 lutego 2015. Sprawdziły się prognozy i poranek powitał nas lekkim mrozem (-4 st.) i błękitnym niebem. Emocje trzymały nas już od wieczora – główne rozmowy dotyczyły smarowania nart – trafimy czy nie trafimy ;-) Trafiliśmy ;-) Narty niosły wyśmienicie i trzymały, gdzie trzeba.

 

Tartu Maraton rozgrywany był na dwóch dystansach: głównym 63 km i krótszym 31 km. Start biegu głównego był na stadionie w Otepää. Dojazd, organizacja, trasy testowe – wszystko bardzo dobrze przygotowane. Ponieważ nasza dzielna załoga miała wysokie numery (powyżej 4000), przypadł nam jeden z ostatnich sektorów startowych.  

 

Chwila startu na długo zapadnie mi w pamięć. Niezwykły widok sunących powoli, szeroką falą narciarzy, ze stadionu rozbrzmiewała uroczysta estońska pieśń, a przed nami rozpościerał się widok skąpanych w słońcu zawodników, przelewających się przez rozciągające się za stadionem pagórki. Magiczna chwila, wypełniająca nas niezwykłymi emocjami. Nikt się nie spieszył, nie przepychał. Wystawialiśmy twarze do słońca i delektowaliśmy się tą chwilą. Start był wspólny dla wszystkich ponad 5 tysięcy zawodników, a zatem gdy pierwsze sektory już dawno były na 3-4 kilometrze trasy, my dopiero po ok. 15 minutach mijaliśmy linię startu. Jednak nie dało się odczuć żadnej nerwowości.

 

Wszyscy powoli sunęli w swoich torach, by już za chwilę utknąć na dwóch sporych zjazdach i jeszcze dłuższych podbiegach. Zanim kilka tysięcy osób przeszło te blokady, minęło dobre 20 minut.

 

A zatem już na starcie trzeba było się pogodzić z utratą tych cennych minut. Jak się okazało, niestety mocno ważą one na wyniku końcowym, gdyż na Tartu Maratonie mierzony jest jedynie czas brutto.  Zatem niedosyt spory, gdyż trudno ocenić swój indywidualny czas.

 

Po 5 kilometrach zaczęła się prawdziwa zabawa. Przemierzaliśmy mieniące się śniegiem pagórki, a przez pierwsze 40 kilometrów trasy były tak szerokie, że organizatorzy wytyczyli na nich miejscami nawet po 12 torów. Główne wspomnienie estońskich tras to właśnie przestrzeń i rozmach!

 

Gdy na 17-tym kilometrze osiągnęliśmy najwyższy punkt trasy (Harimägi, 213 m npm, tylko o 5 m niższy niż najwyższy szczyt Estonii), po drugiej stronie czekały nas 4 km zjazdów będących marzeniem każdego narciarza – niezwykle szybkie i długie, a zarazem bezpieczne, na których można było osiągnąć nawet do 50 km/godz. W pamięci pozostanie mi widok nisko pochylonych narciarzy, mknących jeden obok drugiego na całej szerokości zboczy, by następnie z rozpędem wjechać na kolejne przewyższenie, zniknąć za szczytem i ponownie wynurzyć się na kolejnym zboczu. Bajka! Gorzej, gdy na jednym z torów ktoś stracił równowagę i fiknął kozła przy tej prędkości. Wtedy jadący za nim i obok niego mieli nie lada wyzwanie, by błyskawicznie wyskoczyć z toru i nie dołączyć do fikających koziołków ;-)

 

Dalej trasa wiodła zamiennie w górę i w dół w idealnej proporcji, by mieć frajdę z każdego fragmentu trasy. Od 39-go km (195 mnpm) coraz więcej było jazdy w dół z małymi hopkami, sporo płaskich fragmentów w lesie, by na 50 mnpm wylądować na uroczym leśnym stadionie, obudowanym miasteczkiem sportowym. Cała nasza ekipa, czyli 8 osób, z sukcesem ukończyło bieg (6 osób na dystansie 63 km i 2 osoby na 31 km). Łącznie w maratonie udział wzięło 28 Polaków, w tym 6 kobiet. W biegu głównym wystartowało 25 osób, którzy zajęli całkiem dobre miejsca w rankingu.

 

Kilka słów trzeba poświęcić też niezwykle licznym wolontariuszom oraz punktom kontrolnym i żywieniowym na trasie. Każdy z nich to było małe święto – namiastka mety, na której witali biegaczy kibice, muzyka, moderator zagrzewający do walki i ekipy z kubeczkami i tacami pełnymi smakołyków. Moim odkryciem numer jeden były ogórki kiszone ;-) Zajadałam się nimi na każdym punkcie żywieniowym.

 

63 km minęły w świetnych nastrojach i całkiem dobrej formie. Przyjemność przemierzania tych niezwykłych tras sprawia, że nawet wkładany wysiłek, w końcu w niełatwą trasę, staje się przyjemny.  

 

Z pewnością pogoda odegrała w tym dużą rolę, ale z czystym sumieniem mogę polecić każdemu narciarzowi spróbowania swoich sił w Tartu Maratonie – czy dla wyczynowego ścigania się z najlepszymi, czy po prostu delektowania każdym krokiem i umykającymi kilometrami.

 

I co ważne, to świetna rozgrzewka przed Biegiem Piastów, który odbywa się dwa tygodnie później. Niektórzy powiedzą, że bliżej jest w Alpy, ale tam nie poczujemy powiewu północnych krain, zachwytu płynącego z szerokich i pustych tras oraz niezwykłej ciszy ….

 

Przywozimy z Estonii piękne wspomnienia :)

 

Magdalena Kuczyńska, Poznań (Pyry na biegówkach)