przygoda

Wyruszyliśmy planowo. W sobotę 13-tego o godzinie 7 rano, cudem spakowani na wyjazd (niewiarygodne ile może pomieścić niezbyt duży bagażnik, ale w tym szaleństwie była jakaś metoda:) Droga do Gdańska, jak to polska droga, była długa i żmudna. Cel był jasny dotrzeć do gdańskiego Nowego Portu, zaokrętować się na promie i wysiąść w Sztokholmie.

Cel został zrealizowany po kilkunastu godzinach spędzonych na promie Scandinavia, i tu dygresja Polska Żegluga Morska jest w niewiele lepszej kondycji od Polskich Kolei Państwowych :) Miły akcent, to towarzyszące promowi przez długi czas stado  małych, świecących ptaszków. Nawet kapitan nie wiedział co to za gatunek, ale widok był rozczulający. 

Całe popołudnie i kolejny, trzeci (15.04) już dzień podróży zajęło nam zwiedzanie Sztokholmu. Ceny zabójcze, ale wrażenia warte każdych pieniędzy. Oczywiście obeszliśmy zamek po trasie pucharowego sprintu. Wprawdzie króla Karola Gustawa nie spotkaliśmy, ale za to oczami wyobraźni widzieliśmy ścigającą się tu podczas pucharowych sprintów Justynę Kowalczyk..

W rzęsistym deszczu obeszliśmy sztokholmski skansen i zoo, fajne miejsce dla żądnych szybkiego poznania kultury i przyrody Szwecji. Były łosie, renifery, brunatne misie i inni czteronożni i dwunożni przedstawiciele skandynawskiej fauny. Wszystkie zwierzaki w stanie lekko śniętym, to oznaki przesilenia zimowo-wiosennego, tu już wiosna. Trzeba jechać dalej w poszukiwaniu śniegu.

Port Viking Line, z którego o 20.00 odpływał nasz prom Amarella znajduje się w samym sercu miasta, u stóp sztokholmskiego Starego Miasta i Królewskiego Zamku. I tu dygresja, szwedzka żegluga ma się tak samo dobrze jak cała szwedzka gospodarka. Sztokholm pożegnał nas cudownym zachodem słońca, znikającym za wieżami Gamla Stan. Prom jak Titanic, luksus i porządek robią wrażenie, a mnogość miejsc kuszących do otwarcia portfela spowodowała, że poszliśmy do kajuty (wcześniej ktoś przegrał kilka euro na maszynach, ale o tym sza:)

Cała podróż z założenia miała być wielką przygodą i w ślad za najczęściej zadawanym pytaniem Zbyszka „widziałaś Titanica?”, pierwsza przygoda zdarzyła się na Amarelli. Druga w nocy, budzi nas przeraźliwy warkot silników, huk i stukot turbin…oczy już szeroko otwarte, a uszy nasłuchują każdego odgłosu. Nagle w głośnikach rozlega się opanowany, kobiecy głos. Tyle że pani mówi po fińsku, a my nie wiemy o czym o na do nas mówi! Zbyszek w negliżu wyskoczył na korytarz, pewnie pobiegł zająć dla nas szalupę, ale dlaczego zapomniał o kamerze?! Co zabrać?! Komórka-ostatnie pożegnanie, dokumenty w celach identyfikacji, laptop…po co mi laptop?! Oczkujemy w napięciu na kolejne komunikaty, których nie jesteśmy w stanie przetłumaczyć na nasze! 

 

…cóż, przygoda okazała się wytworem naszej wyobraźni, Amarella zwyczajnie cumowała w porcie na Wyspach Alandzkich, ale nas o tym przystanku nie poinformowano (!), a kajuta była „na dole cennika” więc bezpośrednio nad  maszynownią.

 

Na fińskiej ziemi,  16 kwietnia

Wczesnym rankiem zawijamy do portu w Turku, niewyspani i zmęczeni, gdyż całą noc zrywaliśmy boki wizualizując akcję ratunkową z Amarelli. W Rusko, zaledwie 10km od Turku już czeka na nas z gościną Ola i Jouni. Polsko fińskie małżeństwo, które zaprosiło nas w swoje gościnne progi. Piękny typowo fiński dom, z zachowanym po przodkach Jouni wyposażeniem, śliczne drewniane, meble w jadalni, a na półeczkach bolesławiecka ceramika. Ola wprowadziła do domu polskie akcenty, ale dania którymi nas uraczyła, były typowo fińskie. Przepis na rewelacyjne, pieczone w piecu naleśniki przywieziemy do Polski. Okolica nas zachwyciła, wszędzie las, wszędzie woda, a na górce najstarszy zachowany w Finlandii kościółek z 1337r. Długą, wieczorną rozmowę prowadziliśmy w trzech językach – angielskim, polskim i fińskim, okraszoną śmiechem i żartami o lapsusach językowych. Przemili ludzie, już wiemy że Finowie to niesamowicie przyjacielski, spokojny i zdystansowany naród, żyjący w zgodzie z naturą. Zbyszek snuje plany na przyszłość, chyba ma zamiar przenieść się do Finlandii.

 

17 kwietnia, wczesnym rankiem ruszamy na północ do Sotkamo. Do przejechania prawie 660km, po takich drogach można jechać i grać w szachy. Widoki piękne, ale niezmienne – las, woda, woda, las, ilość jezior przerosła nasze wyobrażenia. Wszystkie domki typowo fińskie, drewniane, najczęściej pobejcowane na ciepły brąz, a ich kontury opasane białymi belkami i okiennicami. Wszystko jak na zdjęciach w przewodniku. Na trasie co i rusz znak ostrzegawczy „uwaga na łosie”, ale żaden fiński łoś nie wyszedł nam na przywitanie, a tak na to liczyliśmy. Ponadto liczyliśmy na więcej śniegu na północy, a tu wiosna! Może w Sotkamo jednak zima trzyma?

Dotarliśmy do celu, Vuokatinhovi Hovielamaa w Vuokatti. Wow, mamy skandynawski, naprawdę luksusowy domek nad jeziorem, saunę, jadalnię, taras. Pierwsza myśl, to takie domki powinny powstać w Jakuszycach. Wieczorny spacer po Vuokatti – pod nosem zamarznięte jeszcze jezioro, ale lód wygląda na cienki, mimo to jakiś głodny Fin łowi na żyłkę ryby w przeręblu, jakieś 150m od brzegu. Na lodzie wciąż wyraźnie widoczne ślady po biegówkach, z szeroką kilkuśladową trasą na drugą stronę jeziora Ahvenuksen. Na przeciwległym brzegu stoki narciarskie i rynny snowbordowe, dalej skocznia i szumi dokoła sosnowy las. Szukamy tras biegowych. Śniegu już nie za wiele, ale widać w głębi lasku świeże ślady po nartach, czyli idziemy w dobrym kierunku. Wyłania się budynek hotelu Sokos, a obok! Tak, to on – Hihtotunneli, tam na pewno można biegać! Po sąsiedzku strzelnica biathlonowa, hala do hokeja – normalnie full wypas :) Fantastyczny, świetnie i z głową zagospodarowany ośrodek sportów zimowych. Musimy tu wysłać Panią Minister Muchę na rekonesans. Zbyszek i Mateusz wskakują w ciuchy biegowe i ruszają na trening.  

 

18 kwietnia – pierwszy dzień w szkole

Jedziemy do oddalonego zaledwie o 5km Sotkamo do Sotkamon Lukio, szkoły do której jutro Mati będzie zdawał egzamin. Spotykamy się z przesympatyczną Panią Dyrektor, wypytujemy o szczegóły jutrzejszego dnia. Lekko nie będzie, miejsc jest 20, a aplikantów 45.

 Trzymajcie kciuki za Mateusza!