guzinski

Lubię w sporcie instytucję przedstartowego wyciszenia. To taki miks drobnego stresu przed tym, co mnie czeka i mobilizacji logistycznej, żeby zawczasu usiąść, przemyśleć wszystko i uznać, że jest się gotowym. Zawodowcy i ich psychologowie pewnie dobrze wiedzą, w czym rzecz i mają to opanowane do perfekcji, ale i w sporcie amatorskim działa to w podobny sposób. Uwielbiam położyć się wieczorem i raz jeszcze zerknąć na starannie przygotowane kupki ubrań, sprzętu i ekwipunku, a potem potwierdzić, że wstaję – powiedzmy – o 5.30, a o 6.44 mam wyjście na autobus i każda minuta poranka będzie miała swój sens.

 

Ale na Dolomitenlauf organizatorzy wyjątkowo kuszą, żeby ostatni wieczór przed biegiem spędzić gdzie indziej niż przed kupkami ubrań, sprzętu i ekwipunku, bo największym urokiem imprezy jest sprint miejski, który na wszystkich robi gigantyczne wrażenie. Zorganizowanie tego to duży temat i widać jego rozmach, gdy przyjeżdża się na miejsce kilka dni wcześniej na aklimatyzację i w czasie spacerów obserwuje, jak szybko i sprawnie rośnie cała potrzebna infrastruktura. Występujący w nim biegają w kółeczko po rynku, który na ten czas przyjmuje formę stadionu. W stu procentach profesjonalnej areny sportowej. Ale nie takiej zwykłej, lecz z tyloma ciekawymi utrudnieniami i przeszkodami, że wydaje się, jakby jedna rywalizacja trwała całą wieczność. Są nawet uskoki! Zabijcie mnie, bo nie pamiętam tego na pewno, ale zdaje się, że zasady rozgrywania są takie same jak w Pucharze Świata – najpierw kwalifikacje, a później systemem pucharowym odbywa się droga do finału. Nigdy w tym nie wystąpiłem, bo całość sprofilowano chyba przede wszystkim pod zawodowe teamy i profesjonalnych narciarzy. Amatorzy raczej nie mają tam wstępu, ale to mało istotne. A może nawet lepiej? Widziałem to kilka razy jako kibic i za każdym razem szeroko otwierałem buzię. Będąc w Austrii w 2019 roku zdziwiłem się że bieg sprinterski został przeniesiony przez Organizatorów do Obertillach – areny rozgrywania pozostałych biegów Dolomitenlauf, co moim zdaniem zmniejszyło atrakcyjność rozgrywanego sprintu, gdyż dotychczasowa sceneria miejska  była nad wyraz interesująca. Nie zmieniło to jednak faktu, że wszyscy siedzą tam ze sobą w jednym miejscu, rozmawiają i integrują się ze sobą. Biegi... cały sport ma w sobie coś niezwykłego, właśnie tę okazję do budowania więzi między ludźmi, którzy są zupełnie inni, a jednak skupieni wokół tej samej pasji.

Swego czasu podobną imprezę próbowano organizować w Dusznikach Zdroju. Zdaje się, że nie wyszło najlepiej.

 

Podaje się, że Dolomitenlauf jest w Lienzu i teoretycznie w centrum miasta (jak już wiemy, nazwa miejscowości musi zawierać literę „e”, bo w przeciwnym razie coś jest nie tak), ale wszystko dzieje się zazwyczaj w oddalonym o dwadzieścia-trzydzieści kilometrów Obertillach. To bardzo mało zaludniona mieścinka, ale przynajmniej wygodna, bo po przekroczeniu progu miejsca zamieszkania można od razu wpinać narty, a w najgorszym razie – wpiąć je po przejściu piętnastu metrów. W zwykłe dni nie ma też problemów z dojazdem. Te pojawiają się dopiero w dniu Dolomitenlauf, spotęgowane brakiem odpowiednio pojemnych parkingów. Gdybym miał to do czegoś porównać, to najpewniej do Jakuszyc, gdzie są (a przynajmniej do wiosny 2018 roku – były) domki stowarzyszenia „BP”, stacja benzynowa, kantor, ze dwa hoteliki, kilka wypożyczalni i kolejnych parę domków i wszystko. Tak samo jest w Austrii. A z racji, że jest tam mało miejsc noclegowych, trzeba się zabierać za rezerwowanie ich na kolejny rok właściwie wkrótce po osiągnięciu mety aktualnej edycji wyścigu, do tego bez gwarancji wyjazdu do domu o czasie. Raz na przykład opad śniegu był tak duży i nieznośny, że ani nie wyjechałem w stronę Polski, ani nie zabrałem się do rezerwowania. Jasne, z bukowaniem spania piszę trochę z przymrużeniem oka – jesienią też znajdziesz ostatnie oferty – ale wcale nie chciało mi się go mrużyć, kiedy mój samochód i droga wyjazdowa spod pensjonatu utonęła pod metrową pierzyną. Co miałem zrobić, skoro pługi w pierwszej kolejności zajmują się głównymi drogami, te lokalne zostawiając sobie na napisy końcowe? Guziński wziął łopatę i zaczął machać! Po pierwszym kwadransie stwierdziłem, że jestem nienormalny, po trzech było mi już wszystko jedno, a po półtorej godzinie miałem dosyć. Miałem także kilkadziesiąt metrów wyjazdu nadal do odgarnięcia. Wyjechałem cztery godziny po wyjściu z pokoju.

 

guzinski

 

Dolomitenlauf to perfekcyjnie zorganizowana, ale jednak wycieczka mrówek po jedzenie. I nie ma zbyt wielu cech, dla których stałby się obowiązkową Mekką każdego uprawiającego ten sport. Jest... zwykły. A o mrówkach piszę nie bez przyczyny. Większość całego dystansu należy zmieścić na łąkach i polanach o stosunkowo niewielkiej powierzchni. Jeśli oglądaliście kiedyś zdjęcia z zagranicznych biegów, na pewno widzieliście takie charakterystyczne serpentynki, na których narciarze gęsiego poruszają się raz w lewo, a raz w prawo. To stamtąd. Sam mam takie zdjęcia. U nas to wciąż rzecz niespotykana, że chociaż pastwiska, które tam są, należą do prywatnych ludzi i założę się, że działki mają tam ściśle określone granice, nikt nie odgradza się płotem, żeby tylko zabronić komuś wstępu. Przeciwnie. Miarą świadomości tego społeczeństwa niech będzie, że gdy tylko spadnie śnieg, po tych prywatnych działkach przejeżdża ratrak, zakłada ślad do klasyka, ubija puch pod łyżwę i wszyscy biegacze mogą z nich korzystać do woli. Bez napisów „Uwaga zły pies”, bez złośliwości i problemów administracyjnych, byle tylko zrobić komuś na złość. Austriacy mają trochę łatwiej z uprawianiem narciarstwa, prawda?

 

Na początek można mylnie założyć, że taki wyścig po płaskiej polance to sama bajka – rachu ciachu, szeroko, miło, w grupce ludzi, wesoło, kolorowo, trochę pomachać rękami i już widać metę. Ale w rzeczywistości to naprawdę trudna rywalizacja. Po pierwsze – we znaki daje się duża monotonia, szczególnie że pętlę pokonuje się nie raz, a dwukrotnie. Po drugie – za serpentynkami zaczyna się odcinek leśny, gdzie bieg zaczyna się naprawdę i tam każdego czeka sporo szarpania, podbiegi i zjazdy. Jest bardzo męcząco, interwałowo, co z pewnością nie służy każdemu. Jednakże z uwagi na kameralny charakter biegów zarówno stylem klasycznym jak i dowolnym, gdzie na stracie staje kilkaset a nie kilka tysięcy zawodników polecam go jako dobry bieg „na przetarcie” dla wszystkich którzy mieliby ochotę rozpocząć przygodę, ze startami w maratonach narciarskich poza granicą naszego kraju.

 

guzinski

 

Swój ostatni udział w maratonie narciarskim Dolomitenlauf zapamiętam szczególnie, gdyż w tym samym czasie, kiedy pokonywałem na nartach trasę 42 kilometrów, w Polsce obowiązywała żałoba narodowa, a w Gdańsku odbywał się pogrzeb zamordowanego Prezydenta Pawła Adamowicza – prezydenta miasta w którym mieszkam i pracuję prawie 40 lat.

Nie mogąc uczestniczyć bezpośrednio w uroczystościach żałobnych postanowiłem, że mój bieg będzie swoistym rodzajem hołdu złożonego człowiekowi, którego  miałem zaszczyt poznać 20 lat temu i którego myślami „odprowadzałem na drugą stronę” podczas pokonywania kolejnych kilometrów maratonu.

 

-/-

Wy też możecie otrzymać „Dwadzieścia kroków po śniegu”. Książkę można otrzymać w podziękowaniu za wsparcie akcji Radia Gdańsk www.pomorzebiegaipomaga.pl  

Po wpłacie min. 24,90pl na konto fundacji otrzymuje się maila zwrotnego z informacją:

Dziękujemy. Jeśli wpłaciłeś min. 24,90 organizator akcji - Radio Gdańsk – chciałby wysłać w podziękowaniu książkę A.Guzińskiego “20 kroków po śniegu”.

Przy wpłacie min. 59 zł wysyłamy koszulkę biegową.