guzinski

Historia z pierwszym Biegiem Piastów to był jednorazowy wyskok nieopierzonego narwańca. Błyskawicznie po debiucie, możliwe, że już w samochodzie w drodze powrotnej z Jakuszyc na Kaszuby zacząłem zastanawiać się, co powinienem zrobić, żeby następnym razem biegło mi się w zawodach lekko i przyjemnie. Sukcesem było przyznanie przed samym sobą, że spontaniczne robienie kilometrów na rowerze po okolicy to zdecydowanie za mało.

 

Cały czas w kwestii ruszania się działałem w trybie weekendowym, chociaż tyle dobrego, że nie tylko w soboty i niedziele, a już od środy lub czwartku włącznie. Zdalnie pracuję codziennie, ale początek końca tygodnia już wtedy wyznaczał u mnie moment spakowania się w domu w Gdańsku i wyjazdu do Ostrzyc. Lubię tę definicję, że weekend to odwiązanie się od biurka. Plany treningowe dalej układałem „na czuja”, nikogo nie prosząc o konsultację. Totalna partyzantka. Przełomowe było jednak, że do biegania i roweru dołączyłem nartorolki, na których początkowo głównie walczyłem o utrzymanie równowagi.

Samo czekanie na kolejną edycję największego, i niestety jedynego dobrego i dużego biegu narciarskiego na terenie Polski wydało mi się mało atrakcyjne. To znaczy mało atrakcyjne na swój sposób, bo potrafię zrozumieć biegaczy, którzy cały rok ruszają się turystycznie i dopiero w marcu w Jakuszycach sprawdzają, czy nadal z ich sprawnością jest wszystko w porządku. Ale mnie świerzbiło, żeby testować organizm częściej. Więcej. Mocniej. Dalej od domu. Poszukiwałem na tym polu ujścia swoich osobistych ambicji walki z organizmem, chęci przeżywania i odkrywania czegoś. W skrócie – nakręciłem się.

Będąc wtedy na starcie w Szklarskiej Porębie, dowiedziałem się, że dolnośląska impreza jest częścią większej układanki – ligi masowych biegów europejskich Euroloppet i to dlatego po Polanie Jakuszyckiej w tę i z powrotem chodzą ludzie i emocjonują się jakimiś książeczkami na pieczątki. Nie miałem pojęcia, o co w tym chodzi, ale możliwość sprawdzania, jak wyglądają inne takie wydarzenia na naszym kontynencie, zaciekawiła mnie. Bo ja przecież, świeżo zapalony startujący, nie chciałem czekać rok na kolejny występ!

 

Euroloppet spełniało też w pewnym stopniu moje młodzieńcze wizje bycia sportowcem. Otóż podobało mi się zawsze w tym światku, że wchodząc na podium, zawodnicy otrzymują coś na pamiątkę. Obojętnie czy miałby to być medal, dyplom, statuetka albo patera, ale ważne, żeby później przypominało o własnym dokonaniu. Okazało się, że w zabawie z książeczkami na pieczątki było coś podobnego, w dodatku zupełnie łatwego do zdobycia. Postanowiłem, że zgodnie z nazewnictwem ligi zostanę jej Championem. Nie miałem i nadal nie mam pojęcia, czy taki cel jest czymś ważnym. Ale jakiś był, bo celów stricte sportowych – czyli zajęcia jakiegoś miejsca na iluś startujących – nigdy sobie nie stawiałem.

Zasady w Euroloppet były przejrzyste – wiązało się to z przebiegnięciem ośmiu maratonów na dowolnych dystansach i to bez szczególnego ciśnienia czasowego, bo w przystępnym dla każdego limicie dziesięciu lat. Jedynym warunkiem było odwiedzenie ośmiu różnych miejsc, bo jeśli biegło się w jednej imprezie na przykład dwa albo trzy razy w jeden weekend, do zamówionego wcześniej „paszportu” i tak dostawało się tylko jedną pieczątkę. To jednak nie było problemem. Liczba biegów „ligowych” i ich wykaz nie są z roku na rok takie same, bo jedne z członkostwa w Euroloppet rezygnują same, a inne – jak na przykład Bieg Piastów – przechodzą do mającej światowy zasięg Worldloppet i dzięki temu zyskują większy prestiż. Ale od dawna były, są i pewnie będą takie, na które bez problemu da się dojechać samochodem. Ustaliłem to za priorytet i zacząłem działać.

 

W sezonie 2007/08, czyli sezonie szumnego debiutu Guzińskiego w zawodach, nie zdążyłem już pobiec nigdzie indziej, dlatego plan podbijania świata nart musiał zostać odłożony do kolejnej zimy.

Na pierwszy ogień poszła Słowacja i maraton Biela Stopa odbywający się w leżącej niecałe 150 kilometrów od granicy z Polską Kremnicy–Skalce. Zapisałem się na niego, jak tylko uruchomiono system rejestracji. Wiedziałem, że często bywam w tamtej okolicy z racji służbowych wyjazdów do Bratysławy. Maraton na zdjęciach byłych uczestników wyglądał dobrze. Wydawał się kameralny, a nie z takich, gdzie ludzie zabijają się kijkami, byle tylko zyskać najwyższe miejsce.

Nauczka po „Piastach” była taka, żeby tym razem mimo wszystko dojechać na miejsce wcześniej, a nie na ostatnią chwilę. Nawet dużo wcześniej. Kilkanaście dni przed zaplanowaną datą startu, między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, postanowiłem wybrać się w te okolice na rekonesans. Nie byłem zanadto pewny siebie, a tym bardziej pewny tego, co sportowo może mnie czekać poza Polską. A że nie zwykłem wchodzić w coś w ciemno, żeby później wpakować się w problemy, za wszelką cenę chciałem dowiedzieć się, czy dam sobie radę z trasą, jak trudne czeka mnie zadanie, a przede wszystkim – jak inni organizują takie wyjazdy i jak ja się odnajdę w nowej sytuacji. Zastanawiałem się, czy w ogóle uda mi się tam zarezerwować odpowiedni nocleg? Mimo że w internecie serwis Booking.com istnieje od 1996 roku, w tamtym okresie absolutnie nie pomyślałbym, żeby z czegoś takiego korzystać. Zdaje się, że u nas w tamtym czasie był wciąż niezbyt popularny. Spanie trzeba było znaleźć „gdzieś” i „jakoś”. Wpisywałem w wyszukiwarkę typowe hasła początkującego podróżnika:

~ kremnica skalka nocleg

~ maraton biela stopa spanie

~ noclegi kremnica

...albo coś w tym rodzaju. Nie pamiętam tego, ale po słowacku pewnie też próbowałem coś wpisywać. Po kliknięciu „szukaj” wyskakiwały dziwne strony z ofertami, którym trzeba było zaufać i mieć gdzie spać, albo nie zaufać i nadal być w lesie. Po wybraniu oferty, pisało się maila z pytaniem o wolny termin lub dzwoniło, a następnie czekało na odpowiedź. Nieprawdopodobne, że teraz ta procedura stała się do tego stopnia wygodna i krótka.

 

guzinski

Jakiś facet stamtąd odpisał mi wtedy, że wszystko gra i mogę przyjeżdżać na swój rekonesans. No to przyjechałem pod wskazany adres. Zadowolony, że o poranku wyjdę biegać, wysiadam z samochodu, witam się z człowiekiem, ten daje mi klucze i pokazuje drogę do przydzielonego pomieszczenia. Wchodzę, rozglądam się i pierwsze, co przeszło mi przez głowę, to wszystkie te sceny filmowe, w których główny bohater ląduje w burdelu. Rozglądam się po ścianach. Od wszystkich odbija się moja zdziwiona twarz. Patrzę w górę – to samo. Aranżacja, a jakże, w kolorze czerwonym. Na półce świeczuszki. Tam musiało dojść do tylu „scen”, że sama myśl o nich przyprawiła mnie o mdłości. W sekundę wróciłem do recepcji i położyłem klucze na blacie.

– Przepraszam, ale to dla mnie trochę za dużo – oświadczyłem gospodarzowi.

– Chce pan zrezygnować? – zdziwił się.

– Tak.

– A, OK. Ale nie można.

Wyszedłem bez słowa. Bez pieniędzy, ale przynajmniej też bez koszmarów.

Na szczęście to było późne popołudnie, a nie środek nocy. Kremnica nie jest przesadnie dużą miejscowością, a tym bardziej kurortem, żeby roiło się tam od hoteli. Widoki przecudne, wszystko pięknie, ale za alternatywą dla domu publicznego musiałem się trochę najeździć. Na szczęście jak już ją znalazłem, za jednym zamachem załatwiłem sobie nocleg na sam bieg i zdobyłem cenne doświadczenie, by w chwili większego tłoku nie pchać się pod ośrodek biegowy samochodem, tylko zostawić go pod miejscem zameldowania. Później nie musiałem się tym przynajmniej stresować, a podobne detale bywają kluczowe w ostatnich godzinach przed startem.

 

Rozpoznanie przed zagranicznym debiutem koniec końców wypadło wspaniale. Zobaczyłem trudne i kręte trasy, ze sporymi przewyższeniami, ale dające dużo satysfakcji. Tylko nie przewidziałem jednego – że po tej samej drodze, którą w samotności i ciszy biegłem od krawędzi do krawędzi śladu ratraka, podczas rywalizacji ludzie będą próbowali się wyprzedzać, mijać i dyktować własne tempo. Na moim dystansie – 25 kilometrów łyżwą – wystartowało nie więcej niż 200 osób, czyli nieporównywalnie mniej niż w głównych wyścigach Biegu Piastów. Tyle tylko, że w Jakuszycach dało się biec obok siebie, we względnej wygodzie, a na Słowacji większość czasu spędziłem na oglądaniu czyichś pleców.

Nie chciałem tylko być na szarym końcu, reszta była mi obojętna. I wszystko szło dobrze, dopóki na około kilometr przed metą jedna z biegnących przede mną kobiet nie wyłożyła się na zjeździe tuż przed czubkami moich nart. Nie było jak uciec w żadną ze stron i zapowiadało się, że za chwilę wjadę jej prosto na głowę. Jedynym wyjściem był skręt w krzaki, który kosztował mnie dziurę w nowiutkim bucie.

Takich niespodzianek miałem więcej i wszystkie przez tłok. Jeżeli miałbym powiedzieć, czego najbardziej nie lubię na trasie, to właśnie nadmiaru ludzi względem dostępnego miejsca. Takich masowych zlotów. Zanim poczułem się pewnie jako biegacz, dobre dwa razy – i to w ciągu jednego sezonu! – już na starcie straciłem przez nieuwagę kijek. To znaczy górną część nadal trzymałem w dłoni, ale dolna w wyniku przydeptania przez któregoś z rywali tonęła w świeżym śniegu, skrywana za morzem migających mi przed oczami butów i nart. Ale nie zdarzyło mi się jeszcze poddać. W obu przypadkach kontynuowałem bieg z nadzieją, że akurat ten organizator przygotował się na taką ewentualność i zapewnił punkty z ekspresowymi „wypożyczalniami” zastępczych egzemplarzy. Doświadczeni gospodarze mają to zawsze opracowane do perfekcji, bo znają trasy na wylot. Najczęściej takie sytuacje zdarzają się w biegach dowolnym stylem przed wąskimi gardłami, a już przesadnie często, gdy takie zwężki usytuowane są na pierwszych kilometrach, gdzie w jednym peletonie biegnie ramię w ramię kilkadziesiąt lub – to też się zdarza – kilkaset osób.

 

Lawina ruszyła. Sam chyba nawet tego nie ogarniałem, bo na biegi Euroloppet zacząłem jeździć z tygodnia na tydzień i kiedy przed rozpoczęciem pisania książki usiadłem, próbując przypomnieć sobie jakiekolwiek szczegóły, momentami napotykałem pustkę. Nic na przykład nie powiem o Tiroler Koasalauf oprócz tego, że trasa wiodła z Kitzbühel do St. Johann. Ale to nic. Wtedy nie żałowałem, że odbębniam kolejne miejsca zamiast je poznawać i chłonąć. Do tego, że warto w nich się zatrzymać i poznać je od innej strony niż sportowa, doszedłem dużo później, ale wtedy chciałem to zrobić jak najszybciej na zasadzie „jak poszło, to poszło” i nic mnie poza tym nie interesowało. Czułem za to, że z biegu na bieg, z wyjazdu na wyjazd i z treningu na trening staję się coraz mądrzejszy. Chociaż prawie nigdy nie oglądałem tego w telewizji, poczułem się wtedy, jakbym był częścią Pucharu Świata. Start, szybki powrót, treningi, pakowanie, wyjazd, start. Bywało, że w systemie siedmiodniowym. Mój Champion Euroloppet składał się z następujących biegów:

Bieg Piastów

Biela Stopa

Dolomitenlauf

Gommerlauf

Skadi Loppet

Tiroler Koasalauf

König-Ludwig-Lauf

Šumavský Skimaraton

Ukończyłem tę „misję” w dwa sezony – 2009 i 2010, ale założyłem, że pierwszej zimy zaliczę co najmniej trzy wyścigi, dlatego że wówczas otrzymuje się od federacji dyplom Euroloppet Ski Racer. Takie dyplomy mam dwa, właśnie za tamten okres, ale to nie tak, że się napaliłem na wyróżnienia i świecidełka, chociaż faktycznie – są dla mnie ważne. W domu w Gdańsku mam jeden pokój, w którym na jednej ze ścian wisi wielka tablica, a na niej duża część moich nagród. To był pomysł syna, który sprezentował mi takie miejsce na urodziny po pierwszym roku startów zagranicznych. Wieszam tam wszystko – dyplomy, medale, przypinki i pamiątki. Po tylu przeżyciach to naprawdę sympatyczne, stanąć przed ekspozycją i zacząć wspominać. Napotkałem tylko taki problem, że syn nie przewidział, jaki rozmiar będzie potrzebny do zmieszczenia wszystkich suwenirów. Początkowo – żeby nie wyglądała na gołą – musiałem ją rozpaczliwie zapełniać czymkolwiek. Wisiał na przykład plakat, który przywiozłem z zawodów, bo podobał mi się wizualnie. Teraz się pozmieniało i o przypięciu tam jakiegokolwiek następnego dyplomu nie ma mowy, a medale wiszą już jeden na drugim. Jest ich (na razie) około czterystu. Najcenniejsze są te biegówkowe, ale więcej jest z biegów ulicznych, maratonów rowerowych i triathlonów, zwłaszcza takich w Polsce, bo starty w nich można załatwiać w zasadzie z dnia na dzień.

Start przygody z biegówkami nie był zupełnym początkiem mojego podróżowania. Znałem zasady panujące przy „ogarnianiu” takich tematów, choćby w kontekście wakacji albo spraw zawodowych. Znałem język angielski, który jest chyba absolutną podstawą dającą poczucie bezpieczeństwa w obcym kraju, a z niemieckim radziłem sobie na tyle, żeby przekazać komuś podstawowe informacje o swoich potrzebach. W paru przypadkach przydał mi się też język rosyjski, którego wszyscy z mojego pokolenia uczyli się w szkołach. Jak moja firma instalowała systemy w Moskwie albo Kazaniu, czułem się naprawdę swobodnie w komunikacji z gospodarzami. Już wcześniej jeździłem po Europie. Biegi niczego nie zaczęły, a jedynie wzmogły częstotliwość wypraw. Mnóstwo razy spierałem się z celnikami na granicach w czasach, kiedy każdy wyjazd z kraju oznaczał stanie w kolejkach do przejść. Na pewno to pamiętacie – stresik przed podjeżdżaniem do pilnujących strażników, żeby skończyło się tylko na kontroli paszportu, a nie całego bagażnika, kieszeni w kurtkach i tego typu zakamarków. Wyjątkowo złośliwi w tej materii byli moi pierwsi narciarscy gospodarze – Słowacy.

Ale podróże rekreacyjne to jedno, a podróże dla biegów – drugie. To było coś nowego i innego, i nie miałem w tym żadnego doświadczenia. Służbowe wyjazdy były o tyle łatwiejsze, że prawie wszystko robiono za mnie. Bilety lotnicze załatwiała przeważnie agencja, a na miejscu o mój pobyt dbali klienci firmy, u których trwała instalacja naszych systemów. Udawało mi się ustalać z kontrahentami wszystko tak, by o nic się nie martwić. Na lotnisko przyjeżdżała taksówka, potem miałem kierowcę. Kończyliśmy działania, na lotnisko, do domu i po wszystkim. Na sportowym szlaku wszystkie zagadnienia logistyczne spadły na moje barki.

 

Dobrze, że akurat na początku mojej „misji Euroloppet” Polska weszła do strefy Układu z Schengen i wszystko stało się prostsze. Bo kilometrów narobiłem wówczas bez liku nie tylko na nartach, a samochodem. To właśnie logistyka, a nie samo zmęczenie bieganiem maratonów, była największym wyzwaniem. Dzisiaj wygląda to trochę inaczej. Z wielomiesięcznym wyprzedzeniem planuję wszystkie starty, mam kalendarz, odpowiednio poukładane bilety, rezerwacje hoteli, czasami sprawdzam też wcześniej trasy samochodów, jeśli wiem, że będę podróżował po ziemi. Wtedy robiłem to z dnia na dzień jakbym zwariował. Limit dziennego przejazdu – od 1200 do 1400 kilometrów. Musiałem wyznaczyć tak duży, skoro mieszkam kilkaset kilometrów od gór, a tuż po finiszu musiałem niezwłocznie wracać nad Bałtyk.

Tempo działania i brak doświadczenia kilka razy wpędziły mnie w kłopoty. Mało brakowało, a przed Dolomitenlauf spałbym w aucie. Trochę zmęczony sprawdzałem w internecie informacje o miejscu rozgrywania wyścigu, potem jak zwykle szukałem noclegu i bez problemu zarezerwowałem pokój na stronie jednej z sieci hotelowych. Pamiętam nawet, jak się cieszyłem, że jest taki wybór! Zadowolony z siebie ruszyłem w drogę i gdy dojeżdżałem prawie na miejsce, zajrzałem w wydrukowane wcześniej kartki z rezerwacjami (zawsze przygotowuję sobie mały pliczek z najważniejszymi informacjami o wyprawie i samej imprezie na wypadek braku dostępu do internetu). Zdębiałem. W adresie biura zawodów jak byk napisane:

Coś tam, gdzieś tam, Lienz

Szukam kartki z rezerwacją hotelu. Jest. Czytam:

Taki a taki, L I N Z

Nie wiem, jak to możliwe, ale chociaż do nawigacji wklepałem „Lienz” z „e” i dojechałem poprawnie, sympatyczna obsługa właśnie zmieniała mi pościel w „Lienzu” bez „e”. Pomyliłem nazwy miast. Oczywiście od razu zadzwoniłem do recepcji i przyznałem się do własnej bezmyślności.

– Proszę rozmawiać z przełożonymi. Nie bardzo możemy pomóc. Pieniądze przepadły – miała powtórzyć się historia ze Słowacji. Dopiero gdy później w e–mailu opisałem historię, sprawa się wyjaśniła, niemniej najadłem się trochę wstydu i dobrze, że w „Lienzu” z „e” znalazłem nocleg w pierwszym miejscu, do którego trafiłem. Widocznie było niezłe, skoro wracając tam w kolejnych sezonach na Worldloppet, za każdym razem mówiono mi, że wszystkie łóżka są już zajęte. To jednak nic dziwnego. Z tak dobrą ofertą tras zjazdowych Lienz jest jednym z popularniejszych kurortów zimowych w całej Austrii.

 

guzinski

Zupełnie niedaleko od miasta bez „e” biegłem w Šumavským Skimaratonie na granicy Austrii, Czech i Niemiec. Wcześniej o tym nie myślałem, ale może skoro do maleńkiej osady Kvilda jest z Linzu raptem 130 kilometrów, feralny hotel jednak mógłby zostać wykorzystany w innym terminie? Tak czy inaczej, wizyty w tych okolicach chyba muszą z zasady kończyć się w zabawny sposób. Już podróż na miejsce startu zwiastowała nietypowe przygody, jeżeli po obu bokach drogi straszyły monstrualne zaspy, a gdy przejeżdżało się przez wsie (z wielkim trudem, bo większość dróg z uwagi na złą pogodę zwyczajnie zamknięto), widać było, że naturalny opad jest tak duży, że sięga dachów domów jednorodzinnych, więc mieszkańcy chcący używać drzwi, musieli kopać tunele. Okien, zwłaszcza dachowych, nie używali pewnie do maja. Jeszcze nigdy nie widziałem takich ilości śniegu w jednym miejscu i nawet jeżeli przeczuwałem z tego tytułu problemy na trasie, cieszyłem się jak małe dziecko, że bieg odbędzie się w tak bajkowych okolicznościach. A musiał to być efekt nie jednej, a tuzina nocy z opadami ograniczającymi widoczność na dziesięć metrów w każdą stronę!

Ośrodek narciarski wyglądał tak, że tam, gdzie pojawiał się ratrak, w śniegu robił się prawdziwy wąwóz. Nawał puchu musiał był wgnieciony przez ciężką maszynę, ale tuż obok linii jego pracy gruba pokrywa zostawała nietknięta i tworzyło się coś w rodzaju śniegowych klifów albo ścian, o które można by się oprzeć, gdyby nie to, że były stosunkowo nietrwałe. Nie sądziłem jednak, że bieg będzie tak bajkowy, że po drobnej przepychance na początku rywalizacji sam zagram w tej bajce główną rolę i zostanę bałwanem. W ścisku nie udało mi się wyminąć kogo trzeba ani zahamować przy dużej prędkości, a był zakręt, więc zamiast skręcić i biec dalej, wleciałem prosto w ten klif. Zanim się ocknąłem, minęło trochę czasu. Napisałbym, że próbowałem rozejrzeć się w sytuacji, ale trudno o rozglądanie, gdy z każdej strony – nawet z góry – otaczała mnie biel, jakby ktoś zasypał mnie z pomocą łopaty. Co gorsza, nie mogłem się ruszyć, a nie wiedziałem też, gdzie są moje kije. A wokół nie było nikogo, kto mógłby jakoś mi pomóc. To nie wszystko. Biegłem wtedy w stroju, który na nogawkach po obu stronach miał bardzo długie zamki błyskawiczne, rozsuwane od końca nogawki prawie do bioder. Jakim cudem nie wytrzymały, nie mam pojęcia, ale najpierw poczułem, że śnieg wpadł mi we wszystkie niechciane zakamarki. Potem zobaczyłem, że nie miał trudnej drogi do przebycia, bo zostałem w samych slipkach. Ja na golasa w wielkiej zaspie, z nartami na nogach. Siedziałem tam i próbowałem jakoś się wydostać, a jednocześnie nie mogłem powstrzymać śmiechu.

Zanim się pozbierałem, wszyscy byli już dawno za polanką startową. Ostatniego startującego widziałem hen na horyzoncie, ale pomimo takiej straty nie zamknąłem wyścigu, chociaż, jak na siebie spojrzałem przed otrzepaniem z puchu, byłem prawie pewny, że tak to się skończy. Co więcej, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się podpisać listy wyników, ale tam w Szumawie było to nie tyle moją powinnością, co efektem ciężkiej harówki przy nadrabianiu strat.

Później jeszcze tylko raz ruszałem na trasę jako ostatni, na Engadin Ski Marathonie, ale o tym później, bo na początek szwajcarskich podbojów odwiedziłem Internationaler Gommerlauf. Panuje tam sielankowy klimat i przyjeżdża na niego niewielu chętnych. Aż tak niewielu, że na mecie spikerzy mieli wystarczająco dużo czasu, by każdego z osobna witać jak zwycięzcę. Wymieniali imię i nazwisko, podnosili głos. Pierwszy raz usłyszałem wtedy, jak ktoś przez mikrofon odkrywa przed kibicami moją biegową anonimowość. Mieszkańcy bili brawo, a ja tylko się uśmiechałem. Dla lokalnych społeczności alpejskie imprezy są jednymi z najważniejszych wydarzeń w roku. Nic dziwnego, skoro zawodnicy przebiegają im właściwie przez środek przydomowych ogródków. To nie tak, jak w Jakuszycach, gdzie nie ma nic poza ośrodkiem sportowym, hotelami, stacją paliw, kantorem i drogą międzynarodową. W Alpach biegi narciarskie są jednym organizmem z lokalną społecznością, która zawsze jest ciekawa przyjeżdżających i daje to fantastycznie odczuć. A przy tym mieszkańcy są do bólu szczerzy i niczego nie udają. To właśnie z takich małych inicjatyw zaczęły się m.in. popularne dzisiaj na wielu biegach „pasta party”. Dzisiaj nie robią już wrażenia, nawet możesz z góry założyć taki punkt programu i pewnie czasami go ominąć, choć bywa, że nie wszyscy chętni mają tam prawo wstępu. Ale wtedy to była nowość! Czułem się niesamowicie dobrze, móc spotkać się z większą grupą biegaczy w jednym miejscu i chociaż chwilę porozmawiać. Zwłaszcza że spotkania wyglądały nie jak masowe zbiorowisko, a jak domowa impreza dla paru znajomych.

Nic dziwnego, że nie było tłumów, bo całość rozgrywa się w bardzo niedostępnym miejscu – w dolinie położonej na wysokości 1400 m. n.p.m. Pętla wiedzie wzdłuż trasy kolejowej, którą na czas biegu zamyka się tylko po to, żeby puścić specjalny skład dla kibiców mających ochotę na żywo i z bliska śledzić, co dzieje się na czele wyścigu. Gośćmi w wagonach są zresztą nie tylko „zwykli” kibice, ale też zasłużone lokalne gwiazdy sportu – głównie biegacze albo biathloniści. Z racji, że byłem tam w innej roli, nie sprawdzałem osobiście, ale w reklamie na stronie internetowej biegu napisano, że wcielają się wtedy w role komentatorów i ekspertów.

 

guzinski

Jako że zimą nie da się dojechać na miejsce startu samochodem, ta sama kolej (linie są chyba jakoś połączone) spełnia też inną funkcję. Zaledwie kilka razy dziennie ze specjalnej bocznicy w nie-pamiętam-jakim-mieście odjeżdża pociąg, na który podobnie jak w Channel Tunnel pod kanałem La Manche lub na trasie z Belgradu do Baru na Bałkanach wjeżdża się własnym autem i w ten sposób podróżuje do Oberwaldu. Nawet nie ma tam gdzie wysiąść, bo wagony są niezabudowane i bliżej niż do luksusowego ekspresu jest im do gigantycznej lawety. Po prostu siedzisz za kółkiem, ale przy wyłączonym silniku. I mija czas. Jak pamiętam, samochodów w ani jedną stronę nie było zbyt wiele. Kilkanaście? Kilkadziesiąt? Pewnie dlatego, że na stałe mieszka tam bardzo niewielu ludzi. Najgorzej było oczywiście tak wycyrklować plan jazdy, żeby zdążyć na załadowywanie. W przeciwnym razie mocno bym się zdziwił i na następny odjazd musiał czekać na stacji na przykład do następnego poranka.

Przejazd trwa mniej więcej godzinę. Niewiele razy więcej widziałem równie piękne widoki, jak tam. Jest malowniczo, momentami zdumiewająco. Niesamowite były stare chaty sprzed jednej albo i dwóch epok. Robiłem zdjęcia, a potem spisywałem wspomnienia, tworząc coś na kształt pamiętników. Wymieniałem się przecież mailami z innymi biegaczami, z organizatorami i pomyślałem, że na wszelki wypadek wszystko będę zapisywał w jednym miejscu w komputerze. I było tak: Kolekcja rosła dopóki, dopóty ktoś postanowił wybić mi szybę w samochodzie i po prostu sobie ten komputer zabrać. Człowiek całe życie się uczy, głównie na błędach, więc od tamtej pory każdy jeden plik, który zapisuję, ma swoją kopię zapasową. Ale zdjęć i pamiątek aż do 2013 roku już nikt mi nie zwróci.

Mam też trochę kłopotów z odgrzebaniem wyniku z International Skadi Loppet. Zaginął, mimo że w każdej chwili jestem w stanie znaleźć w domu dyplom na potwierdzenie swojego udziału. Jest tam nawet wpisany czas, tymczasem w systemie organizatorów stałem się widmem. Wiele razy wertowałem oficjalne wyniki i protokoły i nic.

To smutne, że ktoś może podważyć moje dokonanie przez błąd gospodarzy, choć samej rywalizacji – podobnie jak występu w Šumavským – bynajmniej nie wspominam ze łzami tęsknoty. Zaskoczyła mnie, wykończyła, i nie zrekompensowały tego nawet medale z kryształów wyrabianych na miejscu przez jedną z najsłynniejszych tego typu manufaktur na świecie, zdobionych dodatkowo złotem. Wydawało mi się, że trasa jest przyjazna, a okazała się piekielna. Okej, miałem świadomość swoich ograniczeń sportowych, ale po takich wycieczkach i klęskach jak ta na Skadi nabierałem pokory – cechy absolutnie niezbędnej w tym, co robię. Może to kwestia szczęścia, ale podobnych zaskoczeń in minus miałem niewiele. To największe przyszło na samym początku – w debiucie w Biegu Piastów – a później było już przeważnie z górki.

Więcej grzechów nie pamiętam – tak mógłbym zakończyć pisanie o etapie, gdy rywalizowałem w Euroloppet. Po ukończeniu pierwszego Euroloppet Championa przeszło mi przez myśl ruszyć drugi. Sprawiłem sobie na tę okazję nową książeczkę, w której chyba nawet mam jakieś trzy pieczątki, ale chociaż mógłbym do niej wrócić do dziesięciu lat od wbicia pierwszego stempla, zostawiłem to. Świat kusił bardziej niż Europa.

 

-/-

Wy też możecie otrzymać „Dwadzieścia kroków po śniegu”. Książkę można otrzymać w podziękowaniu za wsparcie akcji Radia Gdańsk www.pomorzebiegaipomaga.pl  

Po wpłacie min. 24,90pl na konto fundacji otrzymuje się maila zwrotnego z informacją:

Dziękujemy. Jeśli wpłaciłeś min. 24,90 organizator akcji - Radio Gdańsk – chciałby wysłać w podziękowaniu książkę A.Guzińskiego “20 kroków po śniegu”.

Przy wpłacie min. 59 zł wysyłamy koszulkę biegową.