czaplewski

Kiedy pięć lat temu kupowałem swoje pierwsze narty, które mam do dzisiaj, a były to Rossingol Xt Tour nie potrafiłem sobie wyobrazić, że jestem w stanie ukończyć jakiekolwiek podwórkowe zawody narciarskie. Teraz, kiedy piszę ten tekst, jestem już po ukończeniu włoskiej Marcialongi – biegu zaliczanego do zawodowego cyklu Visma Ski Classics. Wszystko to dzieje się tak szybko, że czasami dla mnie kompletnego amatora - praca zawodowa schodzi na drugi plan.

 

Ci co mnie znają doskonale wiedzą, że dla realizacji własnych pasji jestem w stanie przenieść góry. Tym razem udało mi się tylko w nie przenieść aby w otulinie zapierających dech w piersiach Dolimitów spędzić kilka dni. Marzenia są po to by je spełniać.

            A teraz po kolei. Plan wyjazdu do Włoch narodził się bardzo spontanicznie. Wiele się nasłuchałem, że dostanie się na listę startową graniczy z cudem. Czy tak było rzeczywiście ? A może po prostu głupi ma szczęście. Wariatem jestem na pewno to muszę przyznać. Bo kto normalny przez całą zimę, praktycznie co tydzień jeździ przez całą Polskę aby dwa dni pobiegać na nartach. W moim przypadku zdecydowało wyłącznie szczęście, gdyż nie mogłem wyjść do pracy, ponieważ zgubiłem klucze od mieszkania. Stało się to akurat w chwili kiedy rozpoczęły się zapisy na Marcialongę. W takich chwilach nie trzeba mi powtarzać kilka razy co mam zrobić. Chwyciłem za klawiaturę i udało się ! 15:07 ledwie kilka minut po rozpoczęciu i minutę przed zakończeniem co jest nowym rekordem, jeżeli chodzi o czas i frekwencję. 7500 osób, wśród nich moja skromna osoba. Chyba jednak naprawdę głupi ma szczęście. W tym momencie nie pozostało mi nic innego jak tylko długie wyczekiwanie do stycznia. A okres przedsezonowy jest chyba czasem, którego nie lubi żaden narciarz, czy to amator czy zawodowiec. Po prostu każdy nie może się doczekać śniegu, upragnionego śniegu, który sprawia że życie zimą nabiera sensu. Dla mnie ten okres to także czas logistyki i planowania startów, a przede wszystkim planowania wyjazdu w nieznane, bo w okolicy nie byłem nigdy. Jak to u mnie bywa, miało być planowanie, a wyszło jak zawsze wyjazd na ostatnią chwilę. Czyli prawdziwie po włosku. Buongiorno i sjesta.

            Kilka weekendów, kilkanaście treningów w Kościelisku i Jakuszycach były dobrym przetarciem przed jednym z czterech zaplanowanych na ten sezon maratonów. To właśnie Marcialonga otwierała mój mini cykl, bo planuję jeszcze wystartować w Jizerskiej 50, Skadi Loppet  i oczywiście w naszym Biegu Piastów. I kto wie czy coś jeszcze nie dojdzie :). W końcu tydzień przed startem, po zaciągnięciu kilku rad u serdecznego kolegi ze Skipol.pl Teamu znanego wam Andrzeja Guzińskiego oraz chyba legendy już biegów górskich Pani Basi Prymakowskiej, a także Jacka Mederskiego z Teamu na biegówkach (wszystkim wam bardzo dziękuję), zarezerwowałem dwa hotele w Moenie, przez którą oczywiście biegnie 70 kilometrowa trasa. Mało tego to właśnie tutaj znajduje się start. W tym roku z powodu braku naturalnego śniegu organizatorzy zdecydowali się przenieść początek biegu nieco wyżej na prawie 1400 m.n.p.m do pobliskiego Mazzin. Co spowodowało jego skrócenie do 58 km. Czy była to słuszna decyzja ? Tego nie wiem, lecz patrząc na to jak perfekcyjnie było wszystko zorganizowane to wydaje mi się, że nie pozostaje nic innego jak tylko ufać szefom Marcialongi. Ale o tym jeszcze będzie. O tym czemu zarezerwowałem, aż dwa hotele dla ledwie dwóch osób też będzie :).

            Z Gdańska do Włoch rozum podpowiadał leć samolotem, lecz serce mówiło jedź samochodem. Ja latać się boję, wzorem holenderskiego piłkarza Denisa Bergkampa, który całą swoją karierę jeździł wyłącznie samochodem udałem się właśnie tym środkiem transportu. Na miejsce dotarłem w czwartek w nocy 26 stycznia, co pozwoliło mi się dostatecznie zaaklimatyzować w nowym otoczeniu. Po dotarciu na miejsce do Aibergo Trentino (polecam obiekt!) nie pozostało nic innego jak solidnie się wyspać. Rano Moena przywitała nas lekkim mrozem i pięknym słońcem . Po wypiciu porannej herbaty i zapoznaniu się z trasą wraz z moim towarzyszem Krzyśkowi Totoszce, który wspomógł mnie swoją obecnością w wyjeździe, udaliśmy się do Cavalese. To co zobaczyłem w tym pięknym mieście gdzie ulokowana jest meta biegu głównego, ze słynnym 2,5 kilometrowym morderczym podbiegiem wprawiło mnie w osłupienie. Od dzisiaj wiem, czemu Norwegia jest stolicą biegów narciarskich. Po prostu biegają tam wszyscy ! I właśnie ci wszyscy byli tutaj w Italii ! Pod Alpe Cermis w oknach Hoteli powiewały tylko norweskie flagi. Prawdziwy najazd. Jak później doczytałem Norwegów przyjechało ponad 2000 osób. Było ich prawie tyle samo co Włochów! Nas polaków było 22, co pokazuje skalę popularności nart biegowych w obu krajach. Czuć było gorącą atmosferę wielkiego świeta. Meta i mini stadion były na ukończeniu. Wozy transmisyjne gotowe. Cykl Visma Ski Classiscs jest transmitowany na żywo przez TVP sport. Wszystko było gotowe! … Poza trasą w mieście. I znów włoskie podejście. Oni na wszystko mają czas. O ich sjeście słyszał każdy, ale by nie całe 48 h na trasie nie było śniegu ? To właśnie całe Włochy. Ruch w miasteczkach odbywał się normalnie jeszcze dzień przed biegiem. Ciężarówki zwoziły go na trasę w ostatniej chwili i zaraz po biegu został zbierany. Po prostu mimo że na ostatnią chwilę to było Perfecto !

 

czaplewski

 

            Dzień przed startem to typowy relaks. Zawodowcem już raczej nie zostanę :), a że narty zjazdowe kocham od małego to takiej okazji przepuścić nie mogłem. Przepiękna pogoda tylko zachęcała do aktywnego wypoczynku. Dla tych co start chcą połączyć z urlopem i również pozjeżdżać Val di Fassa to region wręcz wymarzony. Setki kilometrów perfekcyjnie utrzymanych tras: Alpe Lusia, San Pellegrino, Sella Ronda, Gruposella … Wybór jest tak olbrzymi, że czasami ciężko jest się zdecydować. U mnie wybór padł na stoki położone najbliżej Moeny, czyli San Pellegrino i Alpe Lusia. Po południu, czekały mnie ostatnie testy nart. Jak to mówią: Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz :). Od dawna sobie ubzdurałem, że ten bieg będzie moim pierwszym biegiem klasykiem, który w całości zrealizuję techniką double poling. Czyli nic innego jak pchanie na nartach do lyżwy. Motywacja sięgnęła apogeum. Przecież za kilkanaście godzin spełni się jedno z moich sportowych marzeń. Wyżej jest już chyba tylko Bieg Wazów.

            Dzień startu. Jak zawsze bywa w nowych miejscach odczuwałem pewien niepokój. Czy wszystko zabrałem? Czy zdążę ? Czy dojadę na miejsce? Nic z tego. Bezpłatne autobusy kursują przez wszystkie miejscowości przez, które przebiega trasa. Przystanek miałem 50 metrów od hotelu. Autobus podstawiony. Czego chcieć więcej? Po czterdziestu minutach jazdy zameldowałem się na ogromnej polanie w Mazzin. To tutaj zaplanowano start. Odszukanie swojego boksu startowego zajęło mi kilkanaście sekund. Oznakowanie już typowo niemieckie, czyli profesja w pełnym słowa znaczeniu. Każdy zawodnik w zależności od numeru startowego otrzymywał do depozytu worek w danym kolorze, który później zostawiał w sektorze. Przed każdym sektorem równiutko ustawione ciężarówki, które po starcie zawoziły wszystko na metę, gdzie nie było żadnego problemu z odzyskaniem swoich rzeczy. Jeżeli chodzi o całą logistykę biegu to wszystko stało na wyjątkowo wysokim poziomie. Nawet dla osób nieznających angielskiego nic nie stanowi problemu. W sercu czuć było adrenalinę. Marcialonga to wyjątkowe święto dla całego regionu. To wyjątkowa trasa przez piękne miejscowości. To wyjątkowe widoki zapierające dech w piersiach. Biega się przecież w regionie, gdzie odbywały się Igrzyska Olimpijskie, czy też Mistrzostwa Świata. Nastąpił start. Ruszyli najlepsi. Właśnie tego dnia pisała się historia. Tord Asle Gjerdalen wygrywa po raz trzeci. Ja ruszyłem z 7 sektora. Numer 3132. Czekało mnie 58 km wielkiej zabawy. Jako, że w tym roku naturalnego śniegu nie było wcale, byłem pełny obaw jak to wszystko się potoczy. Co prawda po starcie pierwsze 20 km biegnie się po leśnych duktach, to też temperatura była minusowa, śnieg był dość szybki, natomiast w połowie trasy mocno zaczęło świecić słońce. Zrobiło się ciepło. Pozostało mi czekać na moment kiedy z torów nie pozostanie już nic. Ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie miało miejsca, a tory były wręcz do samego końca. Jak widać wcześniejsze mroźne dni na tyle związały śnieg, że nie przeszkodził mu nawet multum ludzi. Start przeprowadzony jest falowo, po otwarciu boksu biegnie się około 100 metrów na trasę wpina narty i zaczyna się rywalizacja. To powoduje pewnego rodzaju przetarcie. Dzięki takiej metodzie jest trochę luźniej. Spodziewałem się wielkich przepychanek, których może poza pierwszymi 2-3 kilometrami po prostu nie było. Sama trasa ma wyjątkowo przyjemny profil. Poza kilkoma mniejszymi podbiegami oraz końcowym osławionym już odcinkiem do Cavalese, jest także kilka niebezpiecznych zjazdów. Szczególnie w pamięci zapadł mi zjazd praktycznie do samej Moeny, gdzie zawodnicy przez organizatorów puszczani są pojedynczo. Szkoda, że takiej formy nie zastosowano przy jednym  z wcześniejszych podbiegów, gdzie zrobiło się tak tłoczno, że wyprzedzanie było wręcz niemożliwe. Powodowało to sytuacje gdzie łamanie kijków było normą. Tutaj minus należy się organizatorom. Jako, że elita mogła ten fragment trasy wykorzystać strategicznie, to reszta osób mogła wiele stracić. Uważam, że powinna być zastosowana reguła braku możliwości wyprzedzania, pod rygorem kary. Od Moeny do Predazzo biegnie się wzdłuż ulicy, toteż jest wyjątkowa okazja dla rodzin, znajomych i kibiców aby stworzyć ciekawy materiał pamiątkowy. Oddech i wsparcie kibiców czuć na każdym kroku. To przecież Marcialonga – święto regionu, myślę, że nie mniejsze niż Tour De Ski.

            Słońce zaczynało świecić coraz mocniej, śnieg robił się bardziej tępy, moje narty jechały coraz wolniej. Wtedy było ono: Predazzo. Meta Marcialongi Light, czyli wersji 46 km. W tym roku również skróconej. Niesamowita trasa w całości prowadzona przez miasto. Można było poczuć się jak w Dramen na sprintach pucharu świata. To dawało niesamowitego kopa. Śpiewy, klaskanie, trąbki i inne gadżety i ten tłum kibiców dopingujących każdego. To zapadło mi w sercu na długie lata. Za rok tam wrócę. Silniejszy, mocniejszy !

            Dalej już tylko do Cavalese, które górowało nad całą doliną Fassa. Robiło to wrażenie. Na ten moment czeka chyba każdy biegacz. To tutaj zaczyna się prawdziwa rywalizacja. To właśnie tam tworzą się legendy, na morderczym podbiegu wyłania się zwycięzca. Kiedy oglądam po raz enty transmisję z biegu widząc co robi Gjerdalen ciarki przechodzą po moim ciele od stóp do głowy. Jednak zanim dobiegniemy do ostatniego punktu żywieniowego, czeka nas przejazd przez stadion Lago di Tresero – arenę Igrzysk Olimpijskich oraz Mistrzostw Świata. Obiekt, przez duże  „O”. Sztuczne oświetlenie, twardy, idealnie, równy jak stół śnieg. Czuć było to w nartach. Wkroczyliśmy w inny wymiar sportu. Wszystko zadbane w każdym detalu.

 

czaplewski

Jak widać Włosi dają radę, spokojnie bez nerwów, po prostu maniana

 

            To już historia. W mojej głowie zrodził się pierwszy kryzys. W okolicy 40 kilometra. Sztuczny śnieg zrobił się wyjątkowo tępy, narty praktycznie stały w miejscu. Brak smaru na trzymanie zrobił swoje. Kiedy na mniejszych podbiegach ręce prosiły o pomoc nóg, nie mogłem nic zrobić. Kto się poddaje ten szybko kończy. To przecież jeszcze ledwie kilkanaście kilometrów. Moje narty tego dnia w porównaniu z innymi niestety jechać za bardzo nie chciały. Daleki jestem od zrzucania winy na złe smarowanie, to jednak tym razem miałem prawo czuć się lekko rozgoryczony. Po prostu dobry sprzęt na takim dystansie to jeden z kluczy do sukcesu. Co mieli powiedzieć ci, którym połamano kije ? Sam byłem świadkiem kiedy jeden z zawodników ze zgryzem na zębach biegł tylko z jedną sztuką. Szczęście w nieszczęściu trafił na dość długi zjazd,po którym był check point z kijkami – najwyższych modeli One Waya. Mi pozostała walka z kryzysem, który minął dość szybko...

            Żywienie. Tutaj wielki ukłon w stronę organizatorów, bo punkty z napojami, czekoladą oraz pomarańczami, tak właśnie nimi (uwielbiam je), były rozstawione co kilka kilometrów. Zdecydowanie częściej niż na innych biegach. To powodowało, że nie trzeba było z niecierpliwością czekać na dodatkowe paliwo. Są one ustawione tak często, że zabranie nerki czy innych saszetek jest zupełnie zbędne. Po prostu nie ma potrzeby zatrzymywania się na każdym z nich, bo czuć przesyt.

            Ostatnie minuty biegu, to trasa poprowadzona u podnóża Alpe Cermis. Stałe wyczekiwanie ostatniego podbiegu. Miasto u stóp narciarzy. Przed tym wszystkich czeka około 6 km lekkiego zjazdu, i delikatnego podbiegu. Następnie nie pozostanie nic jak tylko uzbroić się w cierpliwość, mocną psychikę i rozpocząć wspinaczkę. Pod samym podbiegiem sędziowie pilnują czy nikt nie podmienia nart, co jest rozwiązaniem dość sensownym i logicznym. Zadbano tam o strefy smarowania na trzymanie. Znajdziecie tam stanowiska Toko, Holmenkolla itp. Dostanie się do nich oznacza stanie w wyjątkowo długiej kolejce. Moim zdaniem nie ma to najmniejszego sensu. Większą popularnością cieszy się korzystanie z przypadkowych osób, które oferują pomoc. Jest ich całe mnóstwo. Szkoda, że biegłem na nartach skate, bo odbiło się to na mnie w sposób negatywny. Po 55 kilometrach double poling, w mocno rozjeżdżonym śniegu wepchać tego po prostu nie byłem  w stanie. Teraz wiem, że zdecydowanie lepiej opłaca się zabrać narty do stylu klasycznego i zostawić je gładkie, z możliwością nałożenia klistra właśnie na ostatnie kilometry. Mi pozostało jodełkowanie. Zemściło się to dość okrutnie. Co wywalczyłem na dystansie, praktycznie straciłem pod Cavalese. Bilans wyszedł nieco na plus. Za chwilę meta. Upragniona !

            Jest i ona. Meta ! Ostatnie kilkaset metrów przed metą, jeszcze lekko pod górę. Ciasno między zabytkową zabudową miasta. Głośno, żwawo, radośnie. Słychać muzykę i doping setek kibiców. Przybijają piątki, śpiewają, Aż chce się biegać. Jest meta. Dobiegłem, wypchałem ! Trochę z konieczności, trochę z własnej woli, a przecież cały tydzień byłem chory. Walczyłem z przeziębieniem. To jednak żadna wymówka. Udało się. Miejsce 2812 z czasem nieco ponad 4 h. Jako jedyny czlonek Skipol.pl Team :). Dochodziłem do siebie wyjątkowo długo. Teraz tylko bezproblemowe odebranie depozytu, porządny obiad, który podawany jest w hali Kongresowej (podobnie jak odbiór pakietów startowych). Spotkanie ze znajomymi i wyjazd do Polski. Wysiłek wynagrodzony fantastycznymi widokami, szczególnie na drodze krajowej do Bolzano. Coś pięknego. A za mną sznur samochodów i autokarów z całym tabunem norweskich biegaczy :). Czy to jeszcze aby na pewno Włochy ? Tak Italia pożegnała mnie gorącym słońcem. I za to ją uwielbiam. Za wyjątkowo stabilną pogodę i ludzi uśmiechniętych, żyjących swoim tempem, z królującą sjestą. Zostało tylko 1600 km drogi  :). Do zobaczenia w Jakuszycach !

 

P.S.  Dlaczego zarezerwowałem dwa hotele ? Po prostu kiedy zrobiłem rezerwację pierwszego obiektu okazało się, że nie posiada on Wi-fi oraz miejsc parkingowych. Ponadto jest oddalony od centrum nieco dalej. Zupełnie zapomniałem go odwołać :). Tak więc zapłaciłem za powietrze. Ot typowo po włosku. Ci co mnie znają, wiedzą, że ja również na wszystko mam czas :).

Ale raz się żyje. Hej.

Kuba Czaplewski