diggins

Zdjęcie chodzącej po taśmie Jessie Diggins obiegło narciarski świat. Tymczasem uprawiany przez nią slackline funkcjonuje nie tylko w treningu narciarskim.

 

Amerykańska biegaczka pochwaliła się niedawno w Internecie zdjęciem, na którym w żaden sposób niezabezpieczona maszeruje po rozpiętej między dwoma punktami, napiętej taśmie. Co ciekawe, opublikowany przez nią post nie jest w środowisku narciarskim nowością. Już dawniej podobnymi rozrywkami chwaliła się m.in. polska biathlonistka Monika Hojnisz. Diggins na Facebooku pisała, że ta zabawa jest elementem jej treningu równowagi i czucia przestrzeni. A o znaczeniu tych elementów w narciarstwie biegowym wiele pisać nie trzeba. Umiejętność utrzymania pionu podczas jazdy na jednej narcie jest kluczowa i uczy się jej już w pierwszych etapach szkolenia młodych zawodników. Gdy nietrenowana, równowaga stopniowo zanika, stąd ciekawy pomysł na utrzymanie formy młodej biegaczki, która – przyznać trzeba – radziła sobie na niej całkiem sprawnie.

 

Aktywność, którą zaprezentowała fanom, to w nazewnictwie fachowym slackline. Sport ten, lub jak nazywają to niektórzy – sztuka, polega na chodzeniu bez pomocy z zewnątrz po nylonowej, rozpostartej między dwoma punktami luźnej taśmie. Rozrywka to na podstawowym poziomie niedroga, nietrudna i dostępna dla prawie każdego sprawnego człowieka. Jedynym wymogiem jest cierpliwość, wystarczająca przestrzeń w terenie otwartym (choć niekoniecznie) i dwa stabilne punkty, do których taśmę się przyczepi. I rzecz jasna sprzęt, który początkujący mogą nabyć nawet za 100 zł. Choć hobby to stosunkowo młode i niezbyt wypromowane, jego walory doceniły już setki tysięcy osób na całym świecie w różnym wieku. (Podczas podróży do Norwegii w 2014 roku spotkałem w Lillehammer prawie siedemdziesięcioletniego turystę, który po opuszczeniu samochodu od razu rozwiesił taśmę na parkingu – przyp. MCh.).

 

 

Oprócz tradycyjnej formy slackline istnieją też jej bardziej ekstremalne odmiany. To m.in. highline – przechodzenie po taśmach zawieszonych na dużych wysokościach, longline – przechodzenie taśm przekraczających kilkadziesiąt metrów długości (rekord świata to aż 610 metrów!) czy waterline, a więc rozrywka na taśmie zawieszonej tuż nad wodą. Do wszystkich typów używa się podobnej taśmy, która różnić może się długością i stopniem zabezpieczeń. Na slackline można także wykonywać ewolucje. Najlepsi potrafią np. zrobić salto i wylądować je na wąskiej na 2-5 cm taśmie.

 

Przykładowy zestaw do slackliningu o długości 15 metrów kosztuje na polskim rynku ok. 100 zł. Oczywiście to cena najniższa, jednak dla początkujących – w zupełności wystarczająca. Kupując taki „set” otrzymujemy taśmę, zawiesie ze specjalnym, prostym w obsłudze napinaczem i instrukcję obsługi. Montaż całości trwa ok. 5 min.

 

Jeden z czołowych polskich slacklinerów, Marcin Korzeniewski z Lubina, podkreśla, iż slackline nie tylko jest świetną rozrywką przy okazji pikników w parku i grilli nad jeziorem. To wymierne korzyści dla ciała, które zmuszone do łapania równowagi nabiera nawyków podświadomego utrzymywania jej w sytuacjach codziennych. Poza tym, żeby tego dokonać, musi uruchomić wiele niepracujących na co dzień mięśni. Jak zapewniają twórcy serwisu branżowego SlackOn.pl, każdy znajdzie w tym sporcie coś dla siebie nie ważne czy jest to weekendowa aktywność, sposób utrzymania kondycji fizycznej czy styl życia. Jako autor niniejszego tekstu i slackliner-amator te słowa potwierdzam.

 

Michał Chmielewski