guziński

Uczestnicząc po raz kolejny w maratonie narciarskim Koenig Ludwig Lauf nie  sądziłem, że pogoda będzie miała na przebieg maratonu tak duży wpływ. Na długo przed rozpoczęciem biegu było wiadomo, że z uwagi na obfite opady  śniegu w ostatnim czasie bieg jest niezagrożony na całej swojej oryginalnej trasie, dzięki zgromadzeniu dużych ilości śniegu. Dodatkowo temperatura w ostatnich dniach nie wróżyła nic niedobrego.

 

Jednakże znając chimeryczność pogody w okolicach Oberammergau w ostatnich latach nie można było nie wykluczać niespodzianek. Tak też się stało i tym razem. Wcześniejsze opady  śniegu i mróz zmieniły się na dzień przed biegiem w temperatury dodatnie i opady deszczu. Można powiedzieć, że poranek w Oberammergau w dzień biegu wyglądał jak zwykle – czyli ulice skąpane w wodzie i z nieba padający deszcz. Wszystko to miało swoje przełożenie na warunki na trasie.

Mimo że bieg rozpoczął się jak zwykle mocnym ściganiem i przetasowaniami na pierwszych kilometrach, to jednak szybko zmienił swój charakter.

Pierwszy raz w historii swoich startów w maratonach doświadczyłem faktu, że od 3 do 23 kilometra nie wyprzedziłem żadnego zawodnika. Jednakże co ciekawe mnie też nikt nie wyprzedził i jak potrafiłem sięgnąć wzrokiem wszyscy zawodnicy biegli w wachlarzu przez 20 kilometrów. Powodem tego był stan trasy po opadach deszczu gdzie tylko wąski jedno-dwu metrowy pasek nadawał się do biegu. Mimo, że trasa momentami była szeroka i bezpieczna nikt nikogo nie wyprzedził, a nawet jak próbował to błyskawicznie wracał na swoje miejsce, gdyż biegać dało się tylko wyślizganym i utwardzonym przez wcześniejszych zawodników torem.

Wiedząc że w połowie 50-cio kilometrowej trasy czeka nas słynny podbieg w pobliżu Pałacu Linderhof, zdecydowałem się na 23 kilometrze na wyprzedzenie za jednym razem ok. 20 zawodników biegnących przede mną. Było to piekielnie trudne zadanie, gdyż po zjechaniu ze śladu narty grzęznąc w mokrym śniegu prawie się zatrzymywały. Swoją decyzję o wyprzedzaniu odczuwałem przez następne dwa kilometry, ale się udało. Dzięki temu od tego momentu zacząłem bieg odważniej i wyprzedzałem następne grupki i pojedyncze osoby gdyż „peleton” tak jak przypuszczałem „rozerwał się” na słynnym podbiegu dzięki czemu łatwiej można było wykonywać manewr wyprzedzania.

Mimo, że z każdym kilometrem trasa wydawała się trudniejsza, nie tylko przez deszcz, ale i wysoką 5-cio stopniową temperaturę, udało mi się ukończyć 50 kilometrową trasę w czasie 2:55 co jest dla mnie bardzo dobrym wynikiem.

Bieg wygrał Adrien Backscheider z Francji, natomiast z pośród kobiet najszybsza była Svenja Hoelze ze Szwajcarii Nie widziałem innych Polaków uczestniczących w biegu na 50 kilometrów.

 

guziński

 

Bieg jak zwykle przygotowany przez Organizatorów w sposób bardzo dobry. Liczne  punkty żywieniowe na trasie i duża ilość wolontariuszy sprawiała, że wszystko przebiegało bardzo sprawnie. Po biegu jak zwykle można było się posilić w hali sportowej gdzie przygotowano dużą ilość posiłków i napojów. Ponadto zaplecze hali sportowej wyposażone jest w prysznice, które są bardzo przydatne dla zawodników po skończonej rywalizacji.

W mojej ocenie Koenig Ludwig Lauf to jedne z lepiej przygotowanych zawodów w całym cyklu Worldloppet.

Z szybkiego, półtora dniowego wypadu do Niemiec wracam zadowolony i myślami już jestem przy następnym biegu Jizerska 50, który odbędzie się za tydzień, który z całą pewnością będzie znacznie trudniejszy…

Mam nadzieję, że zdrowie mi dopisze i uda mi się zrealizować dosyć ambitny plan zaliczenia 10 maratonów narciarskich w tym sezonie.

 

Andrzej Guziński

 

Więcej o biegach Andrzeja Guzińskiego na jego blogu TUTAJ - zapraszamy i polecamy