Fosavatin_Ski_Maraton_Andrzej_Guzinski_2

Od ostatniego startu minął ponad miesiąc, narty schowane w garażu, roztrenowanie zakończone. Co wtedy robić, kiedy głowa podpowiada, że chcę jeszcze wystartować w jakimś maratonie narciarskim? Jak się okazuje jest na to dosyć prosty sposób – wystarczy udać się na Islandię (wyspę o księżycowych niepowtarzalnych widokach oraz surowym nieprzewidywalnym klimacie), aby dokończyć sezon startowy w okresie, w którym wszyscy zapomnieli już o startach na biegówkach.

 

Dla mnie był to trzeci wyjazd na Islandię trzeci udział w biegu Fossavatnsgangan. Od pierwszej mojej wizyty na wyspie urzekły mnie okoliczności przyrody które tu spotykam. Prostota i skromność zarówno infrastruktury, jak i wszystkiego, z czym można mieć do czynienia, powoduje, że jest to miejsce, które przyciąga swoją odmiennością. Każdy z dotychczasowych startów był dla mnie wielkim wyzwaniem nie tylko pod względem trudności trasy, ale przede wszystkim warunków atmosferycznych, które są w stanie zaskoczyć nawet tych najbardziej wytrwałych i doświadczonych zawodników.

 

Do tej pory wiatr oraz zmienne warunki śniegowe na trasie biegu były dla mnie najważniejszym czynnikiem stanowiącym o skali trudności Fosavatn Skimatathon. Miałem napisać, że nie inaczej było i tym razem, ale okazało się, że w dzień rozgrywania maratonu nastąpiła całkowita anomalia pogodowa w postaci pięknej, słonecznej i prawie bezwietrznej aury, co spowodowało, że warunki śniegowe były w miarę stabilne, a tym samym bieg nabrał zupełnie innego wymiaru i widoki, które do tej pory kryły się za chmurami, stały się dla mnie esencją biegu. Nie mogłem oprzeć się pokusie i w czasie biegu zatrzymywałem się, aby nacieszyć oczy oraz zrobić pamiątkowe zdjęcia. Nie byłem jedynym zawodnikiem, który miał podobne odczucia, gdyż biegaczy zatrzymujących się na trasie i fotografujących okolicę było całkiem sporo.

 

 

Jak zawsze przed biegiem największą niewiadomą jest pogoda, która jak mówią miejscowi, zmienia się na Islandii co 15 minut. Muszę przyznać że zawsze miałem nadzieję wystartować w przyjaznych warunkach, ale niestety nie było mi to dane do tej pory, gdyż zmienność  pogody w tym zakątku świata jest tak duża, że trudno cokolwiek z góry zaplanować. Stąd też przesympatyczny dar natury w postaci pięknej aury odebrałem z wielką radością.

 

 

Kolejną zmienną dla mnie był fakt, że tym razem zdecydowałem się na podróż samochodem z Reykjaviku do Isafjordur i z powrotem. W drodze powrotnej pogoda wróciła do normy i cały dzień padał deszcz oraz wiał silny wiatr. Podróż samochodem przebyłem w miłym towarzystwie mojej trenerki Natalii Grzebisz oraz Kamila Zatońskiego (wielokrotnego uczestnika maratonów narciarskich i najszybszego Polaka na trasie tegorocznego Maratonu Fossavatnsgangan).

 

Dla mnie ten bieg w ogromnym stopniu łączy się (i zawsze będzie) z osobą mojego nieodżałowanego kolegi Radka Szwade, który odszedł od nas nie tak dawno temu w wieku, w którym każdy jego rówieśnik rozkwita, co stanowi dla mnie ogromny ból, z którym trudno mi się do dzisiaj pogodzić. Radek wraz z  partnerką Magdą zdecydowali się część swojego życia spędzić w tym odległym kraju.  Był obecny i towarzyszył mi podczas dwóch poprzednich biegów na Wyspie. Przed startem pomyślałem sobie że mój trzeci start dedykuję Radkowi i będzie to mój osobisty Memoriał Radka, którego uśmiech  zawsze pozostanie w mojej pamięci. Jestem przekonany, że dopingował mnie i tym razem…

 

Sam bieg od ostatniego mojego startu zmienił swoją formułę  i wzorując się na biegu Birkebeineret wprowadził obowiązek biegania z plecakiem z minimalnym 1,5-kilogramowym obciążeniem, wyposażonym w ciepłą kurtkę, spodnie oraz gogle na wypadek nieprzewidywalnych warunków atmosferycznych, jakie mogą wystąpić podczas biegu. Wprowadzenie tego obowiązku nie ułatwia pokonania trasy, ale trzeba zrozumieć Organizatorów, że decyzja o konieczności biegania z plecakiem podyktowana jest przede wszystkim bezpieczeństwem zawodników, co zawsze musi być priorytetem.

 

 

Osobiście wprowadziłem sobie dodatkowe urozmaicenie i przygotowałem przed zawodami dwie pary nart, mając w pamięci poprzednie starty, podczas których śnieg był tak nieprzewidywalny, że narty na pewnych odcinkach trasy „nie trzymały”, a na innych z kolei totalnie absorbowały śnieg i powodowały, że nie dało się biegać w warunkach, w których na skutek szalejącego wiatru śnieg zasypywał tory w mgnieniu oka. Dzień przed startem miałem czas na przetestowanie sprzętu i ostatecznie zdecydowałem się wystartować na nartach Twin Skin Carbon, które mogą być niezłą alternatywą dla osób nie goniących za wynikiem i cieniących sobie brak konieczności doboru odpowiedniego smaru „na trzymanie”.

 

Bieg wygrał Rosjanin Ilya Chernousov. Natomiast  wśród kobiet najszybsza była Szwedka Maria Grafnings. Na listach startowych można było znaleźć sporą grupę zawodników z Polski. Mnie w tym zestawieniu przypadło 3. miejsce - za Kamilem Zatońskim i Natalią Grzebisz.

 

Po biegu Organizatorzy zaplanowali poczęstunek dla wszystkich zawodników, podczas którego można było nasycić się specjałami miejscowej kuchni. Wieczorem z kolei przygotowany został odpłatny  bankiet „Seafood Party”, w którym uczestniczyła większość zawodników - oprócz owoców morza (moje ulubione) organizatorzy zadbali o dodatkową oprawę w postaci muzyki, ciekawych zdjęć z biegu oraz filmu, które zapewne staną się świetną wizytówką zmagań ze względu na pogodę, której ten bieg jeszcze „nie widział”.

 

 

Nie sposób nie wspomnieć też o spotkaniu WL Masterów, które zostało przygotowane w czwartek przed biegiem, które zawsze stanowi miły akcent towarzyski. Jestem przekonany, ze to nie był mój ostatni start na wyspie i polecam go wszystkim, którzy chcą przeżyć odmienność, której można doświadczyć będąc na Islandii.

 

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować Stowarzyszeniu Bieg Piastów, które umożliwiło mi start w zawodach pod szyldem Biegu Piastów.

 

 

Andrzej Guziński