guzinski

Jak do tej pory moje wyjazdy na bieg do Francji nie kojarzyły mi  się najlepiej z uwagi na problemy towarzyszące poprzednim dwóm wyjazdom oraz trzeciemu, który ze względu na załamanie pogody na kilka dniu przed startem, został odwołany.

 

Tym razem niestety nie było inaczej. Dwa tygodnie przed biegiem odnowiła mi się kontuzja rozcięgna podeszwowego uniemożliwiająca mi treningi w tym okresie. Do końca nie miałem pewności czy będę w stanie wystartować. Na szczęście intensywna rehabilitacja przyniosła skutek i mogłem po raz trzeci wystartować w biegu La Transjurassienne. Tym razem na dystansie 25km stylem dowolnym.

 

Wyjazd do Francji na bieg jest zawsze sporym wyzwaniem logistycznym. Oferta noclegowa w regionie jest dosyć uboga co powoduje, że trzeba mocno się napracować, aby znaleźć optymalne miejsce zakwaterowania. Dodatkowym utrudnieniem jest odległość jaką trzeba pokonać decydując się na wyjazd samochodem, co w moim przypadku wynosiło 1550 km w jedną stronę. Sadzę, że zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest przelot samolotem, który jest o wiele mniej męczący. Tym razem wybrałem się na bieg razem z kolegą z klubu GKS Cartusia Kartuzy  - Januszem Maissnerem i dlatego wybór padł na przejazd samochodem.

Prognozy pogody od tygodnia nie wróżyły optymalnych warunków do biegania. Niestety prognozy się sprawdziły i w trakcie biegu towarzyszył zawodnikom opad śniegu z deszczem, który dodatkowo powodował, że trasa z każdym kilometrem była coraz bardziej miękka.

Aby podtrzymać tradycję o fatum wiszącym nad moimi startami w tym miejscu - jadąc autobusem z hotelu na start zorientowałem się, że nie zabrałem swojej saszetki biodrowej z bidonem, żelami, batonem i lekiem na astmę. Niestety nie miałem możliwości powrotu do hotelu i musiałem wystartować bez ważnych dla mnie specyfików, co stanowiło dodatkową mobilizację. Kolejną  motywacją dla mnie był fakt, że w tym samym miejscu na dystansie dwa razy dłuższym startowała moja trenerka – więc nie mogłem „dać plamy” bez względu na niesprzyjające okoliczności…

 

guzinski

 

Z uwagi na złe warunki śniegowe trasy biegów na 76, 50 oraz 25 kilometrów zostały zmienione w stosunku do pierwotnych założeń. Start każdego z biegów miał miejsce z różnych miejscowościach, do których zawodników dowoziły autokary. Meta wszystkich biegów znajdowała się w jednym miejscu w miejscowości Chaux-Neuve. Startując na 25 kilometrów, tuż po starcie trasa mojego biegu połączyła się z pozostałymi biegami, które wystartowały wcześniej. Tym samym na wąskich odcinkach trasy  dochodziły dodatkowe trudności z wyprzedzaniem setek zawodników z biegów poprzedzających.

Stanowiło to dla mnie jeszcze większą motywację do pracy nad techniką jazdy w trudniejszych niż zwykle warunkach. Wydaje mi się, że lekcje odrobiłem właściwie, gdyż po raz pierwszy podczas swoich startów w Lidze Światowej Narciarstwa Biegowego Worldloppet udało mi się wygrać swoją kategorię wiekową.

 

W sześciu biegach rozgrywanych w ramach La Transjurassienne wystartowała jak zwykle grupa biegaczy z Polski, w tym kilku moich znajomych.

Sam bieg oraz jego otoczenie przygotowany był przez Organizatorów bardzo dobrze, a atmosfera na trasie biegu bardzo miła z uwagi na spontaniczny doping kibiców, którzy pomimo niesprzyjającej aury, licznie zgromadzili się na trasie biegu.

Można powiedzieć, że pomimo przeróżnych przeciwności losu bieg można uznać za udany, a pogoda która wydawała się  być trudna w dniu biegu i tak była lepsza, od tej którą zastałem dnia następnego w drodze powrotnej do Polski, gdyż przez noc dopadało jeszcze dodatkowo około dwadzieścia centymetrów śniegu, które skutecznie wydłużyły czas podróży.

Podsumowując mogę powiedzieć, że mój trzeci bieg La Transjurassienne był dla mnie kolejnym ciekawym doświadczeniem, które warto było przeżyć.

 

Andrzej Guziński

 

p.s przepraszamy autora za opóźnienie w publikacji tekstu. Vis maior.