NIe ma co ukrywać i mydlić oczu - co poniektórzy kibice biegów narciarskich, czy to w kobiecym, czy też męskim wydaniu, mogą czuć się z lekka znużeni. Bo co to za atrakcja, oglądać zmagania na trasie, spędzając przed telewizorem co najmniej kilkadziesiąt minut, skoro i tak wiadomo, że na czele stawki na mecie znajdzie się reprezentant norweskiej nacji? Okazuje się jednak, że niektórzy biegacze wierzą w pokonanie dominatorów. Wśród nich jest Rosjanin, Aleksander Legkov.

 

O potrzebie wyrównania szans na biegowej trasie i uatrakcyjnienia rozgrywek mowa jest nie od dziś. Pytanie tylko, jak to zrobić, skoro w Norwegii bieganie na nartach jest równie popularne, jak wśród Etiopczyków bieganie bez nart. Przecież produkcji kijów i nart nikt nie zakaże, a liczba wybitnych biegaczy rodem z Północy raczej prędko nie zmaleje. I chociaż niektórzy działacze dwoją się i troją, zastanawiając się, co zrobić, by inne kraje miały szansę na równą walkę z Norwegami, Rosjanin Aleksander Legkov wierzy, że zawodników z Kraju Wikingów da się pokonać. – Wygrywaliśmy z nimi kiedyś i w końcu ich pokonamy – podkreśla w rozmowie, której udzielił portalowi vg.no w Davos, i dodaje: – Sezon dopiero się zaczął, to na końcu zobaczymy, jak ostatecznie będzie wyglądała stawka.

 

Zapowiedzi zapowiedziami, walka walką, ale w sztafecie rozegranej na arenach Lillehammer Rosjanie musieli uznać wyższość nie jednej reprezentacji Norwegów, ale aż trzech, które całą stawkę „reszty świata” pozostawiły daleko w polu. Pierwsza rosyjska ekipa straciła do triumfatorów niemal 30 sekund. W rywalizacji na 30 kilometrów (15 km klasykiem i 15 km w stylu dowolnym) najwyżej sklasyfikowanym Rosjaninem był. 9. Stanislav Volzhentsev, dwie pozycje niżej uplasował się Andrey Larkov, a Legkov zajął 14. miejsce. Można by uznać te rezultaty za zadowalające, gdyby nie fakt,  że w czołowej dziesiątce znalazło się aż siedmiu reprezentantów Norwegii. Legkov skomentował wyniki w humorystyczny sposób: – Dobrze, że chociaż my jesteśmy całkiem blisko Norwegów. Nie ma też obaw o spadek zainteresowania biegami w Rosji ze względu na dominację jednej nacji. – W Rosji biegi dalej budzą wielkie emocje – mówi.

 

Podobne zdanie na ten temat wyraził Vidar Løfshus, szef ekipy norweskich biegaczy. – Sytuacja co roku się powtarza, zazwyczaj jesteśmy mocni przed Świętami, kiedy pozostałe zespoły dopiero wchodzą w sezon. Dominujemy, bo mamy duże kwoty startowe, ale gdy przychodzą imprezy mistrzowskie, i tak musimy wybrać najmocniejszą czwórkę - tak działacz opisuje przyczyny dominacji Norwegów, prognozując jednocześnie, że sytuacja odwróci się najpóźniej w czasie Tour de Ski.

 

Wydaje się, że teoria Løfshusa jest w pewnym sensie zgodna z prawdą. Faktycznie, w zeszłym sezonie etapy Tour de Ski miały sześciu różnych zwycięzców z pięciu różnych krajów, w tym tylko jednego Norwega – Pettera Northuga, który w Oberstdorfie wygrał bieg na 15 kilometrów stylem klasycznym, a w Toblach okazał się najlepszy w rywalizacji na 25-kilometrowej trasie rozgrywanej w stylu dowolnym. Jako pierwsi na mecie meldowali się ponadto biegacze z Włoch, Szwajcarii, Kazachstanu i Niemiec. Mimo to w klasyfikacji generalnej dwa pierwsze miejsca znów przypadły dominatorom: triumfował Martin Johnsrud Sundby, a drugą lokatę zarezerwował Petter Northug.

 

Co ciekawe, zdarzyły się nawet takie biegi, w których na podium nie znalazł się żaden Norweg – aż trzykrotnie w Rybińsku, w ktorym rządzili gospodarze wraz z Dario Cologną oraz Federico Pellegrino, a także w Lahti podczas walki o punkty na 15 kilometrach stylem klasycznym. Czy i tym razem Rosjanom uda się pozostawić rywali z Północy w pokonanym polu? Być może przekonamy się o tym już niebawem.

 

źródło: vg.no / informacja własna

Katarzyna Nowak