Majdic

"Mam wymarzony medal olimpijski, dlatego nie czuję już gigantycznej presji, tylko biegam, bo kocham to robić" - mówi Petra Majdić, biegaczka narciarska ze Słowenii.Dramat Petry Majdić był jednym z pamiętnych momentów Igrzysk w Vancouver. 30-letnia Słowenka podczas treningów na źle przygotowanej trasie wpadła do głębokiego na trzy metry rowu, pełnego kamieni, łamiąc sobie cztery żebra i uszkadzając opłucną. Mimo paraliżującego bólu weszła do finału sprintu i zdobyła w nim brązowy medal, finiszując tuż za Justyną Kowalczyk. Potem spędziła wiele tygodni w szpitalu, najpierw w Kanadzie, potem w ojczyźnie. Czołowa sprinterka świata ogłosiła nawet, że kończy karierę. Zmieniła jednak zdanie i właśnie odbyła pierwszy obóz przygotowawczy, na którym trenowała z pełnym obciążeniem. Zamierza też stanąć na czele zawodników walczących z działaczami FIS o poprawę bezpieczeństwa. PRZEGLĄD SPORTOWY: Kiedy postanowiła pani, że jednak otwiera nowy rozdział kariery? PETRA MAJDIĆ: Decyzję podjęłam na początku kwietnia. Na powrót do biegania namówił mnie lekarz opiekujący się mną w szpitalu w Lublanie. Powiedział, że rozpoczęcie lekkich treningów będzie dla mnie najlepsze. Z początku gorąco protestowałam. Powiedziałam, że kariera już za mną i nie zamierzam się męczyć. Ale prawda jest taka, że rehabilitacja nie szła mi najlepiej. Doktor przekonywał, że gdy zacznę się szykować do powrotu na trasy, zaraz zauważę zmianę. Musisz się ruszać - przekonywał. Miał rację. Choć początkowo wcale nie byłam szczęśliwa. PS: Dziś jednak jest pani uśmiechnięta jak dawniej.MAJDIĆ: Bo już pod koniec kwietnia okazało się, że jest dużo lepiej niż sądziłam. Mam szansę wrócić i być bardzo mocna. Wtedy powiedziałam sobie: w porządku, zaczynamy ten cały cyrk jeszcze raz. Kariera biegaczki kosztowała mnie bardzo dużo, więc uznałam, że nie mogę tak po cichu zejść ze sceny. Powiedziałam po Vancouver, że kończę karierę, ale życie bez biegania było puste. PS: Ucieszyła pani kibiców nie tylko w Słowenii. MAJDIĆ: Dostawałam dowody wsparcia od ludzi z bardzo wielu krajów. Lecz zabrakło w tym gronie osób odpowiedzialnych za organizację zawodów w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej. Ze strony Jürga Capola (dyrektora PŚ w biegach FIS - przyp. red.) i innych działaczy nie doczekałam się żadnego zainteresowania. Nie kryję, że jestem tym bardzo rozczarowana. PS: Cokolwiek zmieniło się w organizacji biegów po tym feralnym dla pani treningu w Vancouver? MAJDIĆ: Nie. PS: Czy podjęto dyskusję z biegaczami, tak jak obiecywano? MAJDIĆ: Nie! I nie sądzę, by miała się zacząć. To będzie nasze zadanie, zawodników, by w tym sezonie zacząć wywierać presję na działaczach. Chcę się przyczynić do tego nacisku, bo trzeba podnieść bezpieczeństwo biegaczy. FIS musi zacząć coś zmieniać. Również po to wróciłam. PS: A żebra, które były pogruchotane, jeszcze czasem panią bolą? MAJDIĆ: Na szczęście wszystko jest już w porządku. Nic mi nie przeszkadza w treningu na najwyższych obrotach. Będę mocna. PS: Mamy szansę zobaczyć taką Petrę Majdič, jak w poprzednich sezonach - walczącą o wygraną w klasyfikacji końcowej Pucharu Świata i medale najważniejszej imprezy - tym razem mistrzostw świata w Oslo? MAJDIĆ: Mam nadzieję. Taki jest mój cel. Mało tego, zamierzam być mocniejsza niż kiedykolwiek. Możecie przekazać Justynie Kowalczyk, żeby się szykowała do walki. Zresztą, sama jej to powiem przy następnej okazji. (śmiech) PS: Po długotrwałej kontuzji i przymusowej przerwie to niezwykle ambitne zadanie, szczególnie na początku sezonu. MAJDIĆ: Oczywiście. Tylko że ja mam już mój wymarzony medal olimpijski, więc z drugiej strony zbliżający się sezon będzie dla mnie najłatwiejszy w karierze. Już nie czuję gigantycznej presji, tylko biegam, bo kocham to robić. Rozmawiali w Ramsau Paweł Burlewicz i Kamil Wolnicki

Autor: huk
Źródło: sports.pl