Jest cudnie. Skończył się listopad, a słońce nadal przygrzewa. Studiuję sobie z radością. Za pazuchą masa cukierków i batonów, a w kuchni ziemniaki - czyli wszystko to, co studentowi do szczęścia potrzebne. Można by powiedzieć, full wypas. Nie ma powodu do narzekań. A jednak jestem w pewnym sensie zła. Już od jakiegoś czasu chodzi mi bowiem po głowie pewna myśl.

Zataczam kręgi od jednego serwisu do drugiego, obijam się o rozmaite opinie i komentarze, nagminnie szukam czegoś, co będzie w stanie zmusić mnie do myślenia. Każdy człowiek toczy z dnia na dzień walkę, która polega na wyborze pomiędzy tym, co wartościowe, a tym, co na dobrą sprawę nie wnosi do naszego zycia absolutnie nic. Są tacy, którzy zdają się nieustannie na coś czyhać, wypatrując kolejnych powodów do narzekania, jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś, co da im pretekst do odreagowania swojej własnej szarości. Gdyby tak wszyscy wzięli się tak naprawdę za siebie, mielibyśmy w Polsce samych mistrzów, i to na każdej płaszczyźnie życia. Nieważne, czy byłoby to skręcanie śrubek, lepienie garnków, czy wypasanie owiec - serducho włożone w każdą czynność nadaje jej niewyobrażalnie wielkiego znaczenia.

Po zaledwie kilku startach w pucharze świata wśród dziennikarzy niczym zaraza zaczyna się rozprzestrzeniać trend pt. "O formie Justyny Kowalczyk masowe biadolenie". Nie to, że jestem złośliwa - po prostu mówię, jak jest. W telewizji (a tam podobno pracują najlepsi), siedzi sobie kilku panów, którzy od pewnego czasu wszystkim, kto tylko ma jakiekolwiek pojęcie o biegach narciarskich, zadają w kółko to samo pytanie: "Co zrobić, by Justyna lepiej biegała?". Najlepsza odpowiedź to odpowiedź najprostsza: zostawić Justynę w spokoju.

Niedawno na oficjalnej stronie polskiej Królowej Zimy pojawił się wywiad, w którym powiedziała: Po dwóch pierwszych weekendach nie można wysnuć żadnych konkretnych wniosków. Poza tym moim głównym celem w tym sezonie, w żadnym wypadku, nie były występy w Sjusjoen czy w Kuusamo. Dla mnie najważniejsze będą starty w Szklarskiej Porębie, a do tego pozostały jeszcze prawie trzy miesiące, no i Tour de Ski, które też rozpocznie się dopiero za miesiąc. To naprawdę dużo czasu i wiele może się jeszcze zmienić. Teraz przede wszystkim potrzebny jest mi spokój i cierpliwość.

Na pytanie, czy jest gotowa na to, że ten sezon może być gorszy od poprzednich, Mistrzyni z Kasiny Wielkiej odpowiada: Ja może jestem, nie wiem czy kibice i dziennikarze są na to przygotowani. Tak naprawdę jednak, to nie jest zmartwienie na teraz. Dopiero jak sezon się zakończy można go będzie podsumować i stwierdzić czy był gorszy czy lepszy. Poza tym już od ponad dziesięciu lat jestem w biegach narciarskich i wiem, że nie można zawsze i w każdym roku iść w górę. Może czasami trzeba nieco zejść w dół, by w kolejnych latach móc znów się odbić i wskoczyć jeszcze wyżej. Nie wiem jednak czy rzeczywiście taka sytuacja będzie miała miejsce, więc na razie nie myślę o tym. (...) bardzo proszę o spokój i cierpliwość w osądach.

Pozostaje rzec tylko jedno: swoiste wspinanie się na drzewa z wrzaskiem zostawmy innym stworzeniom. Wystarczająco dużo problemów wynika już z tzw. "kombinacji norweskiej". Inni kombinują, Justyna nie kombinuje - więc przestańmy histeryzować. /DK/