kowalczyk

Zgłoszona na ostatnią chwilę do maratonu na południu Norwegii Polka wyprzedziła konkurentki o prawie pięć minut.

 

Zgodnie z zapowiedziami największych teamów zawodowych na finałowy bieg serii World Classic Tour zgłosiła się śmietanka maratończyków, chociaż kilkoro nie wystartowało ostatecznie do osiemdziesięciokilometrowej wspinaczki. Tę Justyna Kowalczyk porównywała nawet do Alpe Cermis. Mimo to "firmy" takie jak Livers, Eliassen, Gjerdalen, Nygaard, a wśród pań Boner czy Slind budzą w środowisku mniejszy lub większy respekt. Jednak Polka swoją postawą sprawiła, że ich nazwiska po finiszu powtarzać będzie niewielu.

 

- Latem biega się inaczej, bo ciało ma więcej mięśni. Taki trochę czołg – stwierdziła Kowalczyk zapytana przed startem o różnicę w mocy ciała między latem, gdy realizuje się mocny trening, a okresem najwyższej formy. Zawodniczka Aleksandra Wierietielnego wróciła niedawno z Nowej Zelandii, a w międzyczasie zdążyła jeszcze wspinać się po Tatrach. I chociaż największe rywalki z sobotniego biegu też są teraz „czołgami”, twarz Team Santander ani na chwilę po starcie w Kragerø nie oddała prowadzenia. Seraina Boner wytrzymała to tempo do 60 kilometra. Później osłabła, finiszując ze stratą 4 minut i 38 sekund. Trzecia – prawie 22 minuty po zwyciężczyni – dobiegła słabsza Emilia Lindstedt.

 

 

Uczestnicy nie mogli narzekać na pogodę. Słońce chowało się za kilkoma chmurami, a temperatura nie przekraczała 18 stopni Celsjusza. W tych warunkach kilku panów do końca liczyło się w stawce. Za zwycięskim Andersem Mølmenem Høstem, który uciekł drugiemu Andreasowi Nygaardowi o 25 sekund, jeszcze siedmiu rolkarzy zanotowało mniejszą niż minutowa stratę. Ciekawie było też na dalszych lokatach. Rywalizujący w kategorii M50 Magne Myhre (Norwegia) zdołał pokonać aż pięciu rywali z „elity”.

 

Oprócz biegu głównego rozegrano też wyścigi na 50 i 30 km. Triumfowali w nich odpowiednio Claes Rosenqvist i Henrik Dønnestad.

 

WSZYSTKIE WYNIKI (NA ŻYWO)

 

MCh

fot. Twitter