hucał

Opadł już Piastowski kurz, czas więc na spojrzenie z dystansu na 39. Bieg Piastów. Z dystansu może niezbyt sporego, bo w końcu pracowałem przy tej imprezie i to całkiem blisko. I po raz kolejny przekonałem się, że organizacja imprez sportowych dla pasjonatów, czy też pomoc przy nich, to niesamowite przeżycie i ogromny zastrzyk adrenaliny oraz endorfin.

 

Dla wielu z Was, 39. Bieg Piastów – Festiwal Narciarstwa Biegowe to określenie trzech dni imprezy – od 27 lutego do 1 marca. To nieprawda. Zaczęliśmy biegać już w sobotę 21 lutego, gdy odbyła się Rodzinna Dziesiątka, a w jej ramach bieg na 10 km klasykiem oraz biegi dzieci. A potem były kolejne wyścigi dla ludzi w różnym wieku i o różnych umiejętnościach.

 

Ale nie o wynikach i dystansach to będzie opowieść...

 

Dla mnie Bieg Piastów zaczął się znacznie wcześniej. Nie jest tajemnicą, że jestem administratorem strony internetowej BP, więc gdy Asia z Kają, czyli dziewczyny z biura wysyłały mi dziennie po 10-15 maili, a Komandor Darek Serafin dzwonił co wieczór, mimo że 2 godziny wcześniej widzieliśmy się jeszcze na Polanie, to już wiedziałem – zbliża się godzina zero...

 

Klamka się zbuntowała

 

Narty poszły w kąt, o treningu zapomniałem, obozowiczów Jakuszyckiej Akademii Biegowej spotykałem już tylko przy obiedzie i to nie zawsze... Ale co tam, takie święto biegania jest raz w roku!
W biurze Biegu Piastów drzwi się nie zamykały, aż któregoś dnia nie wytrzymała tego klamka, zbuntowała się i po prostu odpadła. Na szczęście z pomocą przyszedł kolega z odległej Gołdapi, który w ramach narciarskiej pomocy zreperował drzwi, a nawet je naoliwił...

 

Asia wysłała 6 tysięcy maili z informacją, że biuro wydawania numerów na 39. Bieg Piastów, a także dodatkowe zapisy znajdują się w Hotelu Biathlon. Dodatkowo na drzwiach umieściliśmy kartkę z taką informacją (nawet sam ją pisałem), ale ludzie i tak wchodzili i pytali... czy można odebrać numer. Telefon dzwonił w sobotę o 7.00 rano, a także w niedzielę o 18.30 i w sumie nikogo to nie dziwiło.

 

Ilości odpraw z Komandorem nie sposób zliczyć. Moich z Leszkiem Kosiorowskim też nie. Przypomniały nam się kolegia redakcyjne sprzed lat. Człowiek siedzi i planuje, a potem i tak robi się coś innego.

 

Fajne kombinezony i średnia temperatura

 

Pierwsze dni szły jak lawina. Dobrze, że na ferie przyjechała moja Ola, bo bez jej wsparcia i ogromnego zaangażowania, nie ogarnąłbym połowy spraw... A tak Olcia w ramach feryjnego „odpoczynku", zasuwała z nami po 20 godzina na dobę.
Pobudka przed szóstą, powrót do domu po 20.00, potem tekst na stronę, wpisy na Facebooka, odpowiedzi na setki maili. I tak codziennie. Już nic mnie nie dziwiło, nawet zapytania na Facebooku. Jedno od pani, która na dwa dni przed biegiem głównym zapytała o to, czy dysponujemy tabelarycznym zestawieniem średnich temperatur i opadów w Jakuszycach w 2014 roku. Ani pytanie od jednego pana, czy te ładne kombinezony, co w nich biegają narciarze to ich własne, czy dostaje się je w pakiecie startowym...

 

Z Leszkiem odpowiadaliśmy za media i promocję w internecie. W kolejnych dniach pojawiała się więc u nas telewizja polska, włoska, dziesiątki dziennikarzy i fotoreporterów. Rano skuter miał ich wieźć gdzieś, gdzie ostatecznie popołudniu ich nie zawiózł, ale z ujęć byli zadowoleni, więc chyba wszystko poszło z planem.

 

Zagadałem się na trasie

 

Czwartek i piątek to było moje dni startów. Najpierw w uphillu, gdzie startowali tylko organizatorzy i zaproszeni goście. Byłem czwarty, ale była szansa nawet na trzecie miejsce. Niestety po drodze zagadaliśmy się z Wojtkiem Gaworem z PZN-u i rywal nam odjechał, wykorzystując naszą pogawędkę o... życiu.
W piątek był mój główny start – na 15 km klasykiem. W niedzielę startował Leszek, a o bieganiu w sobotę to mogliśmy zapomnieć.

 

Narta zrobiona przez Bartka Hofmana jechała, jak zła, ale w dwóch miejscach musiałem wyjść z toru, przykleiłem się za mocno do śniegu, no i straciłem trochę. Jak na małe ilości treningów przed biegiem, 156. miejsce i obronienie pierwszego sektora traktuję jednak, jako swoisty sukces.

 

Amerykanie to mają luz

 

W piątek przekonałem się także po raz kolejny, że Amerykanie to dopiero mają luz. Najpierw dzięki Oli poznałem dwójkę Worldloppet Masterów. Cztery party nart zginęły im podczas przesiadania się z samolotu do samolotu. Zamiast wariować i krzyczeć, jak my to mamy w zwyczaju, oni po prostu wypożyczyli nowe narty, podziękowali uśmiechnęli się i poszli biegać.
A potem poznałem Holly Brooks, z którą przez kilka dni korespondowałem przed internet. Miałem jej pomóc w kilku tematach, ostatecznie w tematach narciarskich pomogli lepsi ode mnie, a dokładnie ekipa późniejszego zwycięzcy – Petra Novaka.
Ale i tak było miło poznać tak mocną i do tego tak uśmiechniętą zawodniczkę. No i pomóc jej w końcu pomogłem przy kilku innych tematach, niż smarowanie...

 

W radiu o Muminkach

 

A w sobotę to się dopiero nabiegaliśmy. Jak wpadłem w amok pracy, to dopiero wieczorem dotarło do mnie, że dwukrotnie wystąpiłem na żywo na antenie TVP Polonia, raz w Radiowej Jedynce (bałem się, że będę musiał gadać o Muminkach) i raz w Radiu Wrocław. Była jeszcze konferencja prasowa po polsku, czesku, angielsku i estońsku, potem relacja z biegu na stronkę, zdjęcia na Facebooka.
Wieczorem natomiast przyjemne spotkanie z dziennikarzami radia i telewizji, włoskimi filmowcami, ludźmi z FIS i Worldloppet i wieloma, wieloma innymi. Zaznaczam – w niedzielę nie miałem problemu z pobudką...

 

Bo biegówki to magia

 

W niedzielę było już błyskawicznie – wiatr, śnieg, prawie dwa tysiące startujących. No i nagle przyszedł koniec. Telefony przestały dzwonić, muzyka ucichła, nie było już braw kibiców, szelestu nart. Cisza.
Dziś, gdy piszę te słowa, dociera do mnie, że wraz z żoną byliśmy trybem wielkiej maszyny – Bieg Piastów. Imprezy, jakich mało jest w tej części Europy. Imprezy na którą przyjechali ludzie z 27 krajów świata. Imprezy opisywanej w wielu mediach, nie tylko w Polsce. Imprezy, która ma dokładnie tyle lat co ja.

 

Gdyby ktoś powiedział mi kilka lat temu, że będę mógł dołożyć swoją cegiełkę do takiej imprezy, a dodatkowo na co dzień będę spotykał taką legendę, jak Julian Gozdowski i mógł z nim żartować, jak z dobrym znajomym, powiedziałbym, że to niemożliwe. Nie mówiąc już o transmisjach telewizyjnych, radiowych i rozmowach z wybitnymi zawodnikami...
Narty biegowe to magia i na tym skończmy. Biedni ci, którzy nie mają pasji...

 

Tomek Hucał

 

fot. Marcin Oliva Soto/olivasoto.com