skipol team

Decyzja o udziale w biegu narciarskim Vasaloppet China była dla mnie naturalną konsekwencją postanowionego przed sobą celu ukończenia czterech „nowych” biegów włączonych do cyklu Worldloppet – Ligii Światowej Biegów Masowych rozgrywanych w egzotycznych, jak dla przeciętnego Europejczyka, miejscach na świecie.

 

Po ukończeniu w ubiegłym roku biegów narciarskich w Islandii i Argentynie (przyp.redakcji Ushuaia Loppet, tam autor startował wspólnie z Justyną Kowalczyk)  przyszedł czas na zmierzenie się z biegiem rozgrywanym w chińskiej miejscowości Changchun na dystansie 50km stylem klasycznym. Wstępne rozeznanie na temat biegu i możliwości uczestniczenia w nim udało mi się zrobić podczas pobytu w Argentynie, gdzie poznałem biegaczy z Finlandii, którzy ukończyli ten bieg w ubiegłym roku. Dzięki zdobytym informacjom zacząłem poszukiwania firmy, która umożliwi mi bezpieczne dotarcie na miejsce, uczestnictwo w biegu oraz dodatkowo poznanie ciekawych miejsc. Dotarłem do kilku firm zagranicznych, które miały gotowe oferty dla biegaczy chcących uczestniczyć w biegu Vasaloppet China i nie tylko. Poprosiłem też polskiego tour operatora o indywidualną ofertę. Po długich przemyśleniach zdecydowałem się na skorzystanie z usług firmy szwedzkiej, która jednocześnie przygotowywała bieg od strony technicznej. Wybór okazał się trafny nie tylko ze względów finansowych, ale także z tego powodu, że dzięki temu miałem okazję znaleźć się w samym centrum wszystkiego co działo się w związku z biegiem, jak i wokół niego.

 

Niestety na tydzień przed wyjazdem przytrafiła mi się kontuzja, która mogła całkowicie zniweczyć moje plany wyjazdowe. Niefortunny ruch ręką w połączeniu ze zbyt dużym obciążeniem ramienia doprowadził do powstania „zespołu cieśni barku”, który sprawił prawie całkowitą nieruchomość ręki. Szybka wizyta u fizjoterapeuty dawała umiarkowaną nadzieję, że do startu w biegu ręka odzyska minimalną sprawność. Niestety problem okazał się poważniejszy – stan zapalny, gorączka i bardzo silny ból sprawił, że pomimo przyjmowania bardzo silnych leków do momentu wyjazdu nie udało mi się przespać ani jednej nocy, a ręka był prawie nieruchoma, co sprawiło, ze zakładałem również plan awaryjny, który zakładał jedynie wycieczkę do Chin bez udziału w biegu. Istniało też ryzyko, że nie zostanę wpuszczony do Chin z gorączką. Tabletka na zbicie gorączki tuż przed lądowaniem samolotu sprawiła, ze skanery mierzące temperaturę ciała wszystkich pasażerów wychodzących z samolotu nie wykazały u mnie podwyższonej temperatury, a ręka w czasie emocji związanych z podróżą odzyskiwała minimalną sprawność dającą nadzieję na udział w biegu.

 

Do Changchun miałem dotrzeć w miarę szybko (po ok. 20 godzinach podróży) z Gdańska, przez Kopenhagę i Pekin. Jednakże rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Samolot z Gdańska miał ponad 2-godzinne opóźnienie i nie zdążyłem na samolot do Pekinu. W związku z powyższym noc spędziłem w Kopenhadze i następnego dnia udałem się do Pekinu przez Zurich. Niestety kolejny samolot z Zurichu do Pekinu był również opóźniony i w konsekwencji nie zdołałem na czas odprawić bagażu z Pekinu do Changchun. Przy okazji przeżyłem „ciekawą przygodę”, gdzie Pani odprawiająca pasażerów na lotnisku kazała mi zdecydowanym poleceniem udać się do samolotu (gdyż miałem bilet wystawiony w Kopenhadze) jednocześnie nie pozwalała mi zabrać z sobą bagażu, co było dla nie kuriozalne i na co się nie zgodziłem. Po negocjacjach z kierownictwem linii lotniczych udało mi się ich przekonać, aby przebukowali mój bilet wraz z bagażem na kolejny lot. Siedem godzin oczekiwania na lotnisku sprawiło, że podróż wydłużyła się o ponad 20 godzin i finalnie dotarłem do Changchun po ponad 40-stu godzinach podróży. Na szczęście Organizator mojego wyjazdu, dzięki bezpośredniemu kontaktowi zorganizował dla mnie transfer z lotniska do hotelu Sheraton, który był główną bazą biegu.

 

Ulica wjazdowa z lotniska do 3- milionowego miasta witała przyjezdnych gości flagami narodowymi uczestników rozwieszonymi na odcinku kilku kilometrów, co robiło duże pozytywne wrażenie. Po przybyciu do hotelu zostałem przywitany przez Organizatora biegu i rozlokowany w pokoju hotelowym. W tym samym hotelu znajdowało się biuro zawodów, dzięki czemu mogłem sprawnie odebrać swój numer startowy. Po odbiorze pakietu startowego chciałem zająć się przygotowaniem nart, ale okazało się, że zapomniałem zabrać z sobą uchwytów do nart. Na szczęście w pomieszczeniu do przygotowania nart zastałem Petra Novaka, który bez problemu zgodził się pożyczyć swój uchwyt. Niestety okazało się, że pozostawiony na chwilę uchwyt zginął i Petr Novak „wpadł w czarną rozpacz” (od redakcji:tutaj znając przesądy Chińczyków, myślimy że "zagospodarowali" go na szczęście). Aby rozwiązać niezbyt miłą sytuację „wziąłem ten problem na siebie” i zapłaciłem Petrovi za nowy uchwyt, co na szczęście załagodziło powstały problem, gdyż wszyscy wokoło nie mówili o niczym innym jak tylko o zaginionym uchwycie Petra Novaka…

Po tak „miłych przeżyciach” pozostało mi jedynie kilka godzin snu przed rannym wyjazdem na bieg.

 

Następnego dnia rano autokary dowiozły uczestników biegu na miejsce startu, które było położone w przepięknej scenerii, w miejscu zamkniętym dla ruchu, nad brzegiem jeziora, w miejscu gdzie wybudowano mnóstwo przepięknych rzeźb ze śniegu. Widok tego miejsca był bajeczny. Z uwagi na to, że w tym rejonie panuje bardzo surowy klimat (kilkanaście stopni poniżej zera i bardzo silny wiatr), Organizatorzy przygotowali ogrzewane namioty, w których można było ogrzać się przed startem.

Bieg rozpoczął się od startu wspólnego dla wszystkich rozgrywanych biegów, we wszystkich kategoriach, co powodowało, że po starcie na wąskich trasach było bardzo tłoczno i wielu zawodników, szczególnie z biegów młodzieżowych wywracało się blokując tory. Trasa biegu składała się z dwóch 25-kilometrowych pętli i nie była zbyt wymagająca bo liczyła 635 metrów przewyższeń na dystansie 50km. Dla mnie paradoksalnie najtrudniejszy okazał się 9-cio kilometrowy płaski  odcinek każdej z pętli poprowadzony po jeziorze i drodze wzdłuż jeziora z uwagi na bardzo silny wiatr, który spowodował, że szczególnie na drugim okrążeniu, nawianie do torów mnóstwa śmieci, patyków, liści etc. przyczyniło się do wielu upadków na trasie. Sam przewróciłem się ponad 5 razy, a ślizgi moich nart na mecie przypominały urządzenie do zbierania śmieci (foto w Galerii). Na szczęście pomimo tylu przeciwności udało mi się szczęśliwie ukończyć bieg z czasem 4:08:19. Bieg wygrała wśród Pań zawodniczka z Chin Ma Qinghua, a wśród Panów Petr Novak.

Tego samego dnia w godzinach wieczornych w hotelu odbyła się uroczysta gala rozdania nagród, połączona z bardzo bogatą i interesującą częścią artystyczną, którą można było obserwować przy wspólnej kolacji, na którą zaproszenie otrzymałem od Organizatora. W miłej atmosferze można było porozmawiać z kolegami mającymi podobne pasje i zainteresowania.

 

Następnego dnia rano wraz z grupą narciarzy udałem się pociągiem w 6-cio godzinną podróż do Pekinu. Na miejscu Organizator przewidział dla naszej grupy dwudniowe zwiedzanie Pekinu i okolic. Dzięki temu, że miałem zaplanowany powrót jeden dzień później niż cała grupa mogłem dodatkowo „poczuć klimat” Pekinu ulic, uliczek i bazarów.

Podsumowując bardzo cieszę się, że pomimo wielu przeciwności losu mój wyjazd na bieg Vasaloppet China, jak i udział w biegu, doszedł do skutku ze szczęśliwym zakończeniem.

 

Andrzej Guziński

od redakcji: autor to Worldloppet Global Skier, oraz 3-krotny Worldloppet Master, oraz od tego sezonu członek naszego skipol.pl TEAM

Zdjęcia z wyprawy autora na Vasaloppet China TUTAJ

Poniżej tekst Andrzeja, na gorąco po biegu.