guziński

Przed rozpoczęciem sezonu zimowego wiedziałem, że do osiągnięcia kolejnego celu w postaci 4 dyplomu Gold Worldloppet Master Gold powinienem przebiec ostatni 10 długi bieg zaliczany do cyklu Worldloppet. Zadanie niby łatwe, ale trudne zarazem mając w świadomości niedawno przebytą operację kręgosłupa. Zgodę na start w jednym długim biegu w sezonie otrzymałem od lekarza pod koniec stycznia, jednakże przygotowania do startu rozpocząłem na początku stycznia. Na początku lutego zaliczyłem treningowo Koenig Ludwig Lauf w wersji krótkiej i z nadzieją jak i niepewnością stanąłem na starcie Jizerskiej 50.

 

Biorąc pod uwagę, że był to mój piąty udział w tych zawodach miałem pewną świadomość czego mogę się spodziewać na trasie. Jak zwykle sporą doza niepewności była pogoda, która często nie sprzyja zawodom rozgrywanym w czeskim Bedrichovie. Wiedziałem też, że trasa nie należy do łatwych. W mojej ocenie jest to jedna z bardziej wymagających tras w całym cyklu Worldloppet.

Na miejscu pojawiłem się na trzy dni przed biegiem, aby na spokojnie zapoznać się z warunkami śniegowymi na miejscu, jak i przypomnieć sobie ulubiony przeze mnie smak i klimat czeskiej kuchni.

Pierwsze niemiłe zaskoczenie na miejscu stanowił hotel w Libercu, który nie zmienił się od lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia. Kolejne zaskoczenie stanowili palący klienci ulubionej przeze mnie restauracji. Chyba pierwszy raz uświadomiłem sobie jak dobrze, że w Polsce nie wolno palić w tego tylu obiektach, ale cóż za klimat takich miejsc raz na jakiś czas warto się poświęcić…

 

Warunki na trasach w przeddzień zawodów były trudne ze względu na dodatnie temperatury i padający deszcz. Jednakże według prognoz miało się to zmienić w nocy przed biegiem. Wyszedłem z założenia że prognozy norweskie raczej się sprawdzają i pod tym kątem przygotowałem sobie narty. Jak się okazało na miejscu na jazdę narty przygotowałem dobrze lecz na trzymanie już nie i na kilkadziesiąt minut przed startem zdejmowałem smar i nakładałem nowy. W sumie udało mi się to nieźle bo na podbiegach narty trzymały w miarę dobrze, a na zjazdach jechały „jak szalone”.

Bieg rozpocząłem z nastawieniem, ze chciałbym go spokojnie ukończyć nie przeciążając nadmiernie kręgosłupa. Wszystko przebiegało zgodnie z planem do 29 kilometra i nie zaburzył tego nawet jeden z biegaczy który na zjeździe przewrócił się 2 metry przed moimi nartami co spowodowało że wywróciłem się razem z nim. Na długimi szybkim zjeździe, kiedy wyprzedzałem znaczą ilość zawodników zacząłem się niepotrzebnie skupiać na niebezpieczeństwie, które wprowadzają zawodnicy bezwładnie machający kijkami, które co chwila migały mi przed oczami. Widząc w tym niebezpieczeństwo dla siebie przeskakiwałem z toru na tor z dużą prędkością i jak później sprawdziłem przy prędkości 35km/h w ułamku sekundy uderzyłem twarzą w zlodowacony tor. Ocknąłem się z buzią pełną krwi i połamanym kijkiem.

 

guziński

Tak Andrzej wyglądał na mecie, na zdjęciu głównym (powyżej) na starcie, znajdziecie różnicę ;)

 

Pierwszą rzeczą którą zrobiłem była próba zatamowania krwawienia oraz zorientowanie się czy mam wszystkie zęby i jestem w stanie się poruszać. Po kilku minutach ruszyłem dalej pozostawiając za sobą na trasie sporą kałużę krwi. Powoli dotarłem do ambulansu, który na szczęście znajdował się kilka kilometrów dalej. W punkcie medycznym ratownik zbadał mnie, obejrzał moje obrażenia i po kilkunastu minutach pozwolił na kontynuowanie biegu. Mimo, że nie czułem się najlepiej i cały czas plułem krwią spokojnie kontynuowałem bieg wzbudzając swoim widokiem zainteresowanie innych uczestników biegu. Tak naprawdę to już tylko czekałem aby ten bieg się skończył, a do przebiegnięcia miałem jeszcze około 20 kilometrów. W spokojnym tempie dotarłem do mety i o dziwo pomimo tylu przygód zmieściłem się w czasie poniżej 4:30 który zakładałem przed biegiem. Bieg ukończyłem z czasem 4:27. Na mecie zabrano mnie ponownie do punktu medycznego i jeszcze raz zbadano i zdezynfekowano nieładnie wyglądającą twarz.

Żartując mógłbym powiedzieć, że byłem jednym z najbardziej rozpoznawanych zawodników na mecie, gdyż miałem wrażenie, że wszyscy mi się przyglądają z wielką uwagą – jakbym to ja był jednym ze zwycięzców tego  biegu. Patrząc na to z drugiej strony można zaryzykować stwierdzenie że tak właśnie było, że pomimo tak wielu trudności i ogromnego dyskomfortu udało mi się bieg ukończyć i to było moje zwycięstwo…

W taki sposób ukończyłem Jizerską 50 oraz osiągnąłem swój kolejny cel i zdobyłem kwalifikację do 4 Dyplomu Gold Worldloppet Master.

 

Andrzej Guziński 4 x Worldloppet Master

 

od redakcji:

Wszystkie teksty Andrzeja na jego skipolowym blogu TUTAJ