staręga maciej

Sezon urlopowy w pełni. W moim wypadku jest jednak inaczej. Po zakończonym obozie w Zieleńcu 4 dni z lekkimi treningami, badaniami i załatwianiem spraw przed wyjazdem, a potem odlot do Norwegii na Blink Festival. Zawody świetne. 4 dni rywalizacji, podczas której każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Zaczęło się w środę od dystansu na 60 km.

 

 

To fajny sprawdzian dla dystansowców i zawodników biegających maratony narciarskie. Trasa urozmaicona z niekiedy dość długimi podbiegami i zjazdami, gdzie na niektórych odcinkach prędkość  dochodziła do 60 km/h. Do tego proste odcinki na pchanie i malownicze tereny. Jedyne czego brakowało to pogody, bo lało cały czas. Jak jechałem do Sandnes dostałem informację, żebym zabrał dużo ciuchów przeciwdeszczowych i zapasowych kijów. Padło określenie, że zawody te stoją pod znakiem deszczu i połamanych kijów i dokładnie tak było. W biegu na 60 km uczestniczyłem tylko jako pomocnik grupy Santander. Razem z Magnarem Dalenem jechaliśmy z wyścigiem jak samochody techniczne na Tour de France. Fajne było popatrzeć na rywalizację od środka. Na mecie najlepszy okazał się Petter Northug, choć dyrektor sportowy grupy Santander liczył na Andreasa Nygaarda.

 

            Dzień drugi to wybieg 7,5 km pod górę Lysebotn. Niesamowite widoki i ciężkie 7,5 km. Ten wyścig oglądałem tylko w TV. Wraz z trenerem uzgodniliśmy, że ważniejsze będą dla mnie starty w  piątek i sobotę. Na oglądanie na żywo też nie miałem okazji, ponieważ na miejsce startu docierało się po godzinnej żegludze promem. Niestety zanim się zgłosiłem wszystkie miejsca były już zajęte. Podróż samochodem zajmowała 2,5 h, a przy braku auta ta opcja również odpadała. Jednak nawet w relacji TV, ten wybieg robił wrażenie. W następnym roku na pewno będę chciał spróbować wziąć udział w tej konkurencji, aby się przekonać jak ciężko jest dotrzeć na metę na szczycie. Trochę żałowałem, że nie wystartowałem już w tym roku, ale myślę, że co się odwlecze to nie uciecze.

 

W piątek odbywał się bieg na 15 km w miejscowości Sandnes. Deszcz dalej przychodził z każdą ciemniejszą chmurą. Zawody odbywały się na 900 metrowej pętli, na której Norwegowie stworzyli 2 prowizoryczne podbiegi (drewniane mostki wylano asfaltem tylko na zawody – żaden problem.).  Żeby zakwalifikować się do biegu masowego należało albo być w pierwszej 10-tce w biegu pod górę Lysebotn, albo otrzymać jedną z 10 dzikich kart od organizatora, albo być w pierwszej 15-stce w prologu kwalifikacyjnym na 2 kółka. Ja niestety nie spełniłem żadnego z warunków i nie wystartowałem na 15 km. W kwalifikacji zająłem 22 miejsce. Nie byłem zadowolony z tego wyniku bo i strata duża do pierwszego i zawodnicy, z którymi konkuruje w Pucharze Świata potrafili zakwalifikować się bez problemu. Dobra nauczka na przyszłość – trzeba być szybszym w kwalifikacjach, bo jak pokazały sprinty następnego dnia w bezpośredniej walce nie mam dużych problemów. Ciekawostką może być fakt, że na prologu wyprzedziło mnie chyba z 5 Norwegów z rocznika 1993-1995. Młodzi gniewni na pewno przy okrojonej grupie narodowej na Puchar Świata walka o uczestnictwo w tych zawodach będzie między Norwegami bardzo zaciekła.

 

Po sobotnim starcie też wyciągnąłem pewne wnioski:

1. W bezpośredniej rywalizacji radzę sobie na pewno dużo lepiej niż w kwalifikacji

2. Na nartorolkach wyprzedzanie trwa dłużej niż na nartach

3. Muszę się trzymać swojej taktyki odnośnie długiego finiszu (będąc na 4 miejscu na prostej finiszowej udało mi się wyprzedzić tylko jednego rywala, do  2 miejsca zabrakło mi 10 metrów)

4. Dobór odpowiedniej rozgrzewki zależy od samopoczucia. Trzeba nad tym pracować i uczyć się tego cały czas

5. Muszę poprawić się w walce w trakcie kwalifikacji. Szczególnie zwiększyć moc końcową.

 

Jest parę wniosków, jest czas żeby nad tym pracować. Takie zawody z zawodnikami światowej klasy przydają się bardzo. Wiadomo w jakim kierunku iść z treningiem, a że jest jeszcze czas można poprawić pewne elementy. A nie tak jak bywa przeważnie – wydaję się, że na treningach jest super. Człowiek myśli sobie, że może „góry przenosić” i w zimie będą super wyniki. A tu bach pierwszy start w PŚ i szczena opada, bo rzeczywistość staje się brutalna.

 

Podsumujmy jeszcze jedną sprawę – organizację zawodów. Mogę to zrobić porównując Blink Festiwal np. do Tour de Pologne, które niby cieszy się dość dużym zainteresowaniem w Polsce. (Niestety nie porównam żadnych rolkowych zawodów w Polsce, gdyż przepaść między Nami, a Norwegami jest ogromna). Muszę stwierdzić, że Blink Festival jest imprezą dużo bardziej widowiskową w Norwegii niż TdP w Polsce. Na trasie 60 km w każdej wiosce przy każdym domu, mimo ulewnie lejącego deszcze, stała masa ludzi z narodowymi flagami, dopingując wszystkich biegnących. Na TdP taki widok możemy oglądać głównie na etapach wokół Zakopanego. Ciekawe jest również, że w miejscowości Sandnes część ulic była zamknięta dla ruchu przez tydzień i nikt nie narzekał. W Katowicach jak jedzie TdP dużo ludzi ma pretensje, że przez godzinę są zamknięte drogi. Co jest jeszcze warte uwagi - to widowiskowość trasy, trybuny wokół niej na parę tysięcy ludzi, prowizorycznie, ale profesjonalnie zrobiona strzelnica dla Biathlonistów, wielu znanych zawodników, świetna atmosfera i licznie zgromadzona publiczność mimo co chwila padającego deszczu. Dla mnie jako biegacza super sprawą była integracja między zawodnikami. Widać, że atmosfera panująca na takich startach w lato jest dużo luźniejsza niż podczas zimowego Pucharu Świata. Każdy przyjaźnie nastawiony, chętny do rozmowy, uśmiechnięty – to jest to!!!

Blink Festival zaliczam więc na duży plus, choć mam nadzieję, że jak przyjadę tam następny raz pogoda będzie nieco bardziej łaskawa.

 

Maciej Staręga